Wieczorem, aby rozładować napiętą sytuację na Wybrzeżu wygłosił swe przemówienie w telewizji premier Cyrankiewicz, który dwuznacznie apelował, aby odrzucić od siebie prowokatorów i nie dawać posłuchu awanturnikom.

Próba rozładowania napięcia została podjęta przez lokalne gremium działaczy w Gdańsku gdzie zebrał się Komitet Wojewódzki PZPR. Oprócz miejscowych działaczy w spotkaniu uczestniczyli wicepremier Stanisław Kociołek, minister przemysłu ciężkiego Franciszek Kaim, sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR oraz jego zastępca. Nieoczekiwanie do spotkania dołączył Zenon Kliszko wraz z Ignacym-Logą Sowińskim (członek komitetu Centralnego i Biura Politycznego PZPR, 1965-1971 zastępca przewodniczącego Rady Państwa). Kliszko ostro zareagował twierdząc, że władze stoczni nie realizują linii partii a tu przecież trwa kontrrewolucja, z którą trzeba walczyć siłą, bo nawet, jeśli zginie 300 robotników to bunt zostanie zdławiony a w razie, czego zostaną ściągnięte jednostki wojskowe. Podkreślił to, jako druga osoba w Komitecie Centralnym i zaufany człowiek Gomułki, co zadaje kłam obiegowej wersji, że tę decyzję podjął Kociołek. Trzeba też zaznaczyć, że obieg informacji między KC PZPR a resortami bezpieczeństwa był wtedy wielowątkowy wpisujący się w koncepcję zarządzania kryzysowego tzw. bezpiecznika, któremu hołdował generał Wojciech Jaruzelski. Polegała ona na tym, że branie odpowiedzialności za podejmowanie decyzji rozkładało się na zastępców a ośrodek decyzyjny z dala od frontu kontrolował poczynania podwładnych. Gdy jeden z bezpieczników zawodził, kolejny był uruchamiany i kontrolowany z góry, (dlatego tak trudno do tej pory ustalić winnych masakry na Wybrzeżu).

Sam Generał, który był odpowiedzialny za resort obrony w momencie największych krwawych zajść na Wybrzeżu nie uczestniczył w nich, ale na miejsce zamiast niego posłano wiceministra obrony generała Chochę. Jaruzelski, w tym czasie miał inne zadanie. Otóż od 14 grudnia na bieżąco był informowany przez wiceministra spraw wewnętrznych Franciszka Szlachcica o rozwoju sytuacji na Wybrzeżu. Ciekawy jest też fakt, iż za pośrednictwem łączy cywilnych – a nie MSW (obawiał się podsłuchu) informacje też otrzymywał I sekretarz KW w Katowicach Edward Gierek od płk. Władysława Pożogi, późniejszego wiceministra spraw wewnętrznych. Jaruzelski był, zatem doskonale zorientowany, co do sytuacji w KC; wiedział, jakim nastrojom ulega Gomułka a jednocześnie też słuchał sugestii Aleksandra Kosygina Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych Państw Układu Warszawskiego a także radzieckiego ministra obrony marszałka Andrieja Antonowicza Greczko.

Spiskowcy czekali na odpowiedni sygnał śledząc uważnie rozwój sytuacji również dezinformując samego Gomułkę, który już 14 grudnia otrzymywał raporty o ofiarach śmiertelnych wśród milicjantów a przecież pierwsi zabici i doniesienia o ofiarach były datowane na 15 grudnia. Znając wybuchowy charakter Gomułki i jego problemy sercowo-naczyniowe miało to duży wpływ na jego dalsze decyzje.

17 grudnia stało się jasne, że ofiar śmiertelnych na Wybrzeżu przybywa, co dało istotny impuls spiskowcom zwłaszcza po rozmowie Breżniewa z Gomułką, który nie wierzył w kontrrewolucyjny charakter zamieszek w Trójmieście. Potwierdzało to ewidentnie, że Breżniew stracił do Gomułki – swojego niepokornego wasala – zaufanie. Sam jednak Gomułka był świadom tego, że jeżeli tzw. kontrrewolucja wymknie się pod kontroli to Polska podzieli los Węgier z 1956 bądź też Czechosłowacji z 1968 roku jak również los tamtejszych przywódców. Po jednym ze spotkań w KC Cyrankiewicz miał relacjonować jak widział rozbitego psychicznie I sekretarza: „ A gdy to się będzie rozszerzać to my będziemy strzelać a gdy nie wystarczy to zawołamy Armię Radziecką i utopi się wszystko we krwi, gdzie podzieją się wszyscy ojczyźniani? Co będzie z niepodległością?

Sztab Generalny Wojska Polskiego pod ścisłym nadzorem Jaruzelskiego pospiesznie ściągnął z Trójmiasta gen Chochę, który miał koordynować działanie 1 Dywizji zmechanizowanej (stacjonującej pod Legionowem), jednostki zmechanizowaną z Olsztyna oraz jednostki MON i BOR w sumie ponad 3400 żołnierzy. Powodem powiedzmy to oficjalnym miała być pacyfikacja Huty Warszawa gdzie nie dochodziło do masowych demonstracji a były jedynie sygnały dotyczące kolportażu ulotek. Operacja nosiła kryptonim „Cytadela” i postanowiono użyć wspomnianych mundurowych do osłony gmachów KC PZPR, Urzędu Rady Ministrów i Belwederu. Od tego momentu spiskowcy posiadali już nie tylko parasol polityczny, ale też i militarny gdyby Gomułka nie zamierzał oddać władzy w pokojowy sposób. Czesław Kiszczak relacjonował, że wraz z Jaruzelskim zamierzali siłowo rozwiązać ewentualny problem odsunięcia od władzy Gomułki i jego zaplecza politycznego. Nawet w podziemiach gmachu KC PZPR czekały na instrukcje uzbrojone w broń ostrą oddziały WSW.

Pierwsze próby przekonania Gomułki o oddaniu władzy miały miejsce 17 grudnia, kiedy na rozmowę z nim udał się Józef Tejchma. Gomułka był przeświadczony o tym, że jego stan zdrowia i wiek może stanowić przeciwskazanie by dalej trzymać się kurczowo swych funkcji jednak w jego ocenie nie było godnego następcy, który mógłby prowadzić politykę suwerenną wobec ZSRR i kolejnych jego przywódców. Intuicja i doświadczenie polityczne go nie myliły, bo za jego plecami wierni nowemu rozdaniu politycznemu a przede wszystkim wierności i uległości wobec doktryny Breżniewa (zaaprobowana przez Leonida Breżniewa w kwietniu 1970 roku doktryna polityczna mówiła, że: „Kraje socjalistyczne nie powinny realizować swych interesów narodowych kosztem międzynarodowego socjalizmu”) realizowali ostateczny plan odsunięcia go od sterów rządzenia. Na poparcie tej tezy przemawia też fakt, że już 16 grudnia 1970 wicepremier PRL Piotr Jaroszewicz, który realizując swoje założenia służbowe przy Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej w Moskwie został nagle odwiedzony w swoim gabinecie przez premiera ZSRR Aleksieja Kosygina.

Jaroszewicz kurtuazyjnie odmówił spotkania premierowi ZSRR tłumacząc, że wyszła już z biura sekretarka i nie będą mogli się napić herbaty. Udali się, więc do biura wicepremiera i przedstawiciela ZSRR przy RWPG Michaiła Lesieczki, (którego się obawiali a takie obawy wyrażał w swych pamiętnikach Piotr Jaroszewicz przyszły premier Polski Ludowej). Po uzyskaniu instrukcji Jaroszewicz już 17 grudnia był w Warszawie. Jednocześnie za pośrednictwem ambasadora ZSRR w PRL został wysłany list nie bezpośrednio do I sekretarza, ale zaadresowany do Biura Politycznego KC PZPR. Właśnie tego dnia Józef Cyrankiewicz poinformował o tym wtajemniczonych (Kanię-kierownika wydziału administracyjnego KC PZPR, Edwarda Babiucha, Tejchmę i Moczara). Zresztą ambasador ZSRR rozmawiał z Gomułką 16 grudnia, ale ten świadomy zaciskającej się pętli zapytany przez niego o charakter demonstracji gdańskich ze złością rzekł: „ towarzysze radzieccy powinni mieć swoje rozeznanie sytuacji, bo on przecież nie zabronił ani Moczarowi, ani Jaruzelskiemu informować ich swoimi kanałami o przebiegu wypadków”. Tymczasem odpowiedzialni za przewrót pałacowy pilnie obserwowali sytuację.