Reklamy
Wałęsa Bolesław człowiek z muru.

Wałęsa

Wałęsa

Zdajemy sobie sprawę, że temat już jest wyeksploatowany. Temat naszego byłego Prezydenta Lecha „Bolka” Wałęsy. Niestety pokrętne wypowiedzi

samego zainteresowanego pozwalają na zadanie pytania. Kim jest i kim był Lech Wałęsa?

Wczesne lata

Wałęsa lubi przekazywać obraz siebie, jako niedoświadczonego robotnika, mającego problem z pisanie i obciążonego liczną już rodziną. Człowieka żyjącego dniem, bo w tych czasach inaczej się nie dało. Jedyny talent, jaki w tych latach przejawiał pan Leszek to tworzenie systemów pozwalających mu na wygranie w totolotka. Przyszły lata siedemdziesiąte i życie delikwenta się skomplikowało. Raz wylatywał ze stoczni i znowu był zatrudniany a nikt nie dociekał jak przy obowiązku pracy i braku funduszy Wałęsa sobie radził.

Nie był jeszcze wtedy ikoną związku zawodowego ani wybitnym pracownikiem. No, ale żył. Pan Wałęsa nie lubi wracać do tych czasów. Nagle ten przeciętny człowiek, który sam siebie opisywał, jako szarą myszkę jakimś cudem wnika w struktury Solidarności. Negocjuje z dyrekcją zakładu i zostaje najbardziej rozpoznawalną postacią strajku.

Czy ktoś wierzy, że to dzieło przypadku?

Ja nie. Pamiętam doskonale uśmiechniętego i wiecznie z siebie zadowolonego człowieka, który zdobył sławę „skacząc przez siatkę” na teren stoczni. Jego mowa nie porywała, posturą też raczej nikomu nie zaimponował. Co lub lepiej napisawszy, kto stworzył legendę „Człowieka z marmuru”?

Kto był na tyle sprawny by wynieść szarą mysz na cokoły – bo przecież nie zrobił to sam? Myślę, że część odpowiedzi znajdziemy u samego zainteresowanego, gdy nam obwieścił, że „Nie chcem, ale muszem”. Wśród grona inteligentnych i uczciwych ludzi ten, który nie chciał się przebił. Wykończył swoich przeciwników i dorwał się do wielkiego długopisu by podpisać wraz z wicepremierem Mieczysław Jagielskim porozumienia sierpniowe. Wtedy już znalazł się na szczycie cokołu i z niego nie zszedł do dzisiejszego dnia.

Lata osiemdziesiąte były trudne.

Zaczęło się od tego, że Związek Zawodowy rozrósł się do takich rozmiarów, że porównywalnej organizacji jeszcze w Polsce nie było. Miał własny wpływ na media poprzez system ulotek, które były chętniej czytane niż normalna prasa. Regiony też organizowały własne gazety, ale rządzili komuniści, więc były też strajki a tam gdzie strajk był medialny, pojawiał się pan Wałęsa. Nie był już wtedy rubasznym robotnikiem, który przyszedł z młotkiem żeby rozwalać drzwi dyrektora. Stał się dla odmiany głosem rozsądku i mediatorem, który ukrócał zapędy młodych działaczy, którzy chcieli już i teraz. Brylował w

towarzystwie Kuronia, Michnika i Mazowieckiego. Trudno dziś powiedzieć, który Wałęsa był na te czasy prawdziwy. Ten robotnik skaczący przez siatkę czy ten, który był wschodzącą gwiazdą zebrań solidarności.

I nastał poranek bez Teleranka.

Nikt nic nie wiedział, ale po mieście rozeszły się słuchy, że związek zdelegalizowano a Wałęsę aresztowano jak i wielu innych. Z czasem okazało się, że gdy koledzy najsławniejszego elektryka zostali zamknięciu w Rawicz, Piotrkowie Trybunalskim lub Strzelcach Opolskich gdzie panował rygor prawie więzienny pan przewodniczący został wysłany na wczasy do Arłamowa. W tym czasie był to Ośrodek Wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów. Zaiste dziwna metoda traktowania swojego „największego” wroga. Dziś żeby tam przenocować musisz zapłacić minimum 300 złotych za noc.

Jak też powszechnie wiadomo pan Lechu nawiązał nader sympatyczne stosunki z „obsługą”.

Kto wymyślił tą przemyślną torturę dla przewodniczącego pewnie się nie dowiemy tak jak się nie dowiemy, kto decydował o internowaniu konkretnych działaczy w jednej celi z kryminalistami.

Gwiazda Solidarności była internowana przez siedem miesięcy.

Trochę to dziwne, bo inni „mniej groźni” siedzieli znacznie dłużej. Nie nam to oceniać. Po wyjściu z internowania albo, jak kto woli po powrocie z wczasów władze komunistyczne obwieściły wszem i wobec że traktują pana Wałęsę, jako „osobę prywatną” a represje skończyły się dozorem milicyjnym. W między czasie Szwedzi nagrodzili pana Lecha nagrodą Nobla, więc mógł już zaprzestać gry w Totolotka. Ten, kto był nękany w miejscach publicznych, w domu i w pracy przez milicję i SB przyzna, że to naprawdę dowód na ludzką

twarz systemu. Nie miejmy jednak cienia wątpliwości.  Władze wiedziały o tym, że lawina, która zaczęła się toczyć w 1970 roku zbliża się nieuchronnie. System się walił na wielu frontach i trzeba było znaleźć wyjście awaryjne i znów jak królik z kapelusza pojawia się Lech Wałęsa.

27stycznia 1989 roku mikrobusy przywoziły do Magdalenki ekipy gen. Czesława Kiszczaka i Lecha Wałęsy.

To, co jest naprawdę miłe to fakt, że uczestnicy tych rozmów poradzili sobie wspaniale w dalszym życiu. Prawie wszyscy zostali prominentnymi członkami rządów, posłami na sejm ba nawet prezydentami i premierami. Ci, którzy zajęli się prywatnym biznesem do dziś dają sobie świetnie radę wżyciu.

Według niesprawdzonych informacji to właśnie w Magdalence dokonano realnego podziału państwa na strefy wpływów. Okrągły stół tylko przyklepał podjęte tam decyzje i zapewnił o ich realizacji. Nasz główny bohater też tam był. Zasiadł godnie za stołem ze swoim głównym prześladowcą gen. Kiszczakiem i nawet napił się z nim wódki. Czy można tak szybko pogodzić się z kimś, kto prześladował całe towarzystwo przez wiele lat? Wychodzi na to, że można.

Druga strona medalu.

Przerażającym wydaje się fakt, który wynika z opublikowanych 31.01.2017 materiałów. Jeśli Lech Wałęsa donosił o tym, co się dzieje do SB to trzeba też jasno powiedzieć, że materiały te nie kończyły swojego biegu w jakimś zapyziałym archiwum. Perełki były przekazywane do bratnich służb, czyli KGB i STASI. Jeśli tak było to tak Niemcy jak i Rosjanie a nawet Ukraińcy siedzą z potężnym materiałem, który daje im nie tylko wiedzę i zrozumienie, ale też metody nacisku.

Reklamy