Dwuznaczną rolę Wałęsy mimo wyrejestrowania z list tajnych współpracowników bezpieki potwierdzało jego dość niekonwencjonalne zachowanie i dziwne propozycje składane kierownictwu WZZ-zetów jak na przykład pomysł dokonania serii zamachów na komendy milicyjne i komitety terenowe partii. Biorąc pod uwagę, że WZZ Wybrzeża odżegnywał się od jakiejkolwiek przemocy i prowadził swoją działalność wyłącznie pokojowymi środkami – o czym Wałęsa nie mógł nie wiedzieć – daje to asumpt do uzasadnionego przypuszczenia, że mogła to być nieudolna zresztą próba prowokacji. W szeregach WZZ Wybrzeża działała niezależnie od tego osoba, która bez wątpliwości była agentem SB, co potwierdzają dokumenty. Był to Edwin Myszk TW o pseudonimie „Leszek”. Wracając jeszcze do wątku Wałęsy należy przypomnieć, że w rozmowach z kolegami z WZZ-etów właściwie wysypał się on, że w Grudniu 70 donosił na SB. Jego szokujące wynurzenia na ten temat nagrano na taśmę magnetofonową, która następnie zaginęła. Co ciekawe miał ją otrzymać Bogdan Borusewicz i nigdy tej kasety nie zwrócił. Trafiła ona na zachód.  W czasie działalności w WZZ-etach źle układały się również stosunki Wałęsy z Kazimierzem Szołochem, jednym z członków komitetu strajkowego w stoczni gdańskiej w czasie wydarzeń grudniowych. Powód tego był prosty – Szołoch był była jedną z ofiar donosów tw. „Bolka”. Wspominał on, że uczestniczył w spotkaniu z Wałęsą w 1971 roku (a więc w okresie aktywnej współpracy Wałęsy z SB), które jego zdaniem było elementem próby likwidacji jego osoby przez SB na szczęście nieudaną. Tego wieczora miał, bowiem zostać zabity przez nieznanych sprawców w okolicy hotelu robotniczego gdzie mieszkał Wałęsa człowiek bardzo podobny do Szołocha. „Bolek” donosił także na inne osoby związane ze strajkiem w stoczni m.in. na Henryka Lenarciaka, Henryka Jagielskiego, Józefa Szyllera, Jana Jasińskiego i innych.

Dziś już wiadomo, że współpraca ta była całkowicie dobrowolna a Wałęsa pobierał za nią sowite wynagrodzenie. Wszelkie opowieści o zastraszeniu młodego, niedoświadczonego robotnika należy włożyć między bajki. Próby wytłumaczenia przez zainteresowanego wszystkich okoliczności z tym związanych nie zasługują niestety na poważne potraktowanie. Z czasem współpraca z SB zaczęła słabnąć. Wałęsa domagał się pieniędzy za bezwartościowe informacje a potem wymigiwał się w ogóle od dalszej współpracy i ostatecznie wyrejestrowano go, jako tajnego współpracownika w 1976 r. Wydaje się, że w tym czasie Wałęsa mógł faktycznie chcieć po jakichś przemyśleniach pójść inną drogą. Krytyka partii i sytuacji w stoczni a także zerwanie z bezpieką stały się przyczyną jego zwolnienia ze Stoczni Gdańskiej. Podjął pracę w zakładach ZREMB i przez pewien czas nie udzielał się, gdy jednak trafił do WZZ Wybrzeża znowu był na celowniku. Wiadomo, że SB podjęła kolejną próbę jego pozyskania. Była ona zakończona niepowodzeniem, ale przebieg rozmowy miał niejednoznaczny finał, z którego wynikało, że Wałęsa odmówił współpracy, jako TW, ale nie wykluczył informowania SB o swoich zamierzeniach. Widać, więc z tego, że agenturalna przeszłość zaczęła ścigać Wałęsę i powodowała z jego strony sprzeczne posunięcia. Bezpieka mając na niego haki mogła wywierać nacisk na jego osobę i podjąć próbę manipulacji jego postępowaniem. Można było przy tym wykorzystać nie tylko materialne dowody współpracy, ale również wyzyskać psychologicznie jego specyficzne cechy osobowości a więc arogancję i wygórowaną ambicję niekoniecznie idącymi w parze z zaletami intelektu i wyrobienia politycznego. SB założyła w tym okresie wobec Wałęsy Sprawę Operacyjnego Rozpoznania (SOR) również o kryptonimie „Bolek”.

Niejasności wokół działań Wałęsy powrócą jeszcze w momencie wybuchu strajku w Stoczni gdańskiej. Tymczasem działał on nadal aktywnie w WZZ-etach, za co zapłacił kolejnymi zwolnieniami z pracy najpierw ze ZREMBU a potem z zakładów „Elektromontaż”. Generalnie Wałęsa nie raz szokował swoich kolegów z opozycji dziwnymi wyskokami, które można interpretować zarówno, jako spowodowane współpracą z organami bezpieczeństwa jak i po prostu będące rezultatem określonego poziomu, jaki reprezentował.  Budził przy tym sprzeczne odczucia wśród działaczy WZZ-etowskich. Na przykład nie ufał mu K. Wyszkowski i małżeństwo Gwiazdów a znalazł obrońcę w osobie B. Borusewicza.

Osobą, wokół, której zogniskowały się wydarzenia, które bezpośrednio doprowadziły do rozpoczęcia strajku nie był bynajmniej Lech Wałęsa, lecz Anna Walentynowicz (z domu Lubczyk). Ta urodzona na kresach robotnica, której biografia naznaczona była biedą i osobistymi dramatami trafiła w latach powojennych do Gdańska i wiele lat pracowała w Stoczni Gdańskiej najpierw, jako spawacz a potem, jako suwnicowa. W młodości była przodownicą pracy i jak się zdaje przez wiele lat nie kwestionowała systemu, który początkowo w jej subiektywnym odczuciu rzeczywiście przyczynił się do całkowitej zmiany poziomu życia. Chociaż jej życie i dokonania w latach stalinowskich były dla komunistów bardzo dogodnym przypadkiem do propagandowego wykorzystania pozostała osobą głęboko religijną i nigdy, mimo nagabywań nie zapisała się do partii. Aktywnie wzięła udział w wydarzeniach Grudnia 70 i od tego czasu – chociaż już zaznaczyło się to i wcześniej – stała się aktywną działaczką walczącą o prawa robotników. Trafiła wreszcie do WZZ Wybrzeża, w których bardzo szybko stała się jednym z czołowych działaczy bardzo cenionym przez kolegów. Weszła tym samym do grona najaktywniejszych opozycjonistów.

Przez cały okres działalności w WZZ-etach Walentynowicz musiała się zmagać z szykanami administracyjnymi w pracy oraz inwigilacją przez SB, która ją rozpracowywała w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpoznania o kryptonimie „Suwnicowa”. Sprawy SOR bezpieka założyła zresztą większości działaczy WZZ Wybrzeża, np. SOR przeciw małżeństwu Gwiazdów miała kryptonim „Brodacz”, przeciw braciom Krzysztofowi i Błażejowi Wyszkowskim –„Kanał” a przeciw Lechowi Kaczyńskiemu – „Radca”. Tymczasem Walentynowicz rozpoczęła walkę z dyrekcją stoczni, która wszelkimi sposobami usiłowała jej utrudnić życie. Podejmowano próby zwolnienia jej z pracy, od czego się odwoływała, przymusowo przenoszono ją na inne stanowiska pracy w tym także do zakładów poza stocznią, szkalowano ją oskarżając między innymi o alkoholizm (ten wątek pojawia się w filmie Volkera Schlendorffa „Strajk” inspirowany biografią A. Walentynowicz gdzie scenarzyści zrobili z głównej bohaterki pijaczkę, co było kompletną nieprawdą) a nawet stosowano przemoc fizyczną. Ostatecznie po długich zmaganiach Walentynowicz została zwolniona z pracy 6.08.1980 roku, o czym dowiedziała się dzień później. Jako powód podano „naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych”. W dniu wypłaty ostatniej pensji i załatwieniu formalności w kadrach strażnicy jeszcze obezwładnili i pokaleczyli suwnicową. Tak stocznia gdańska pożegnała Annę Walentynowicz po 30 latach pracy.

Pozostała ona bez środków do życia będąc w przededniu emerytury.  Zrozpaczona udała się do Andrzeja Gwiazdy z przeświadczeniem, że to koniec nie tylko pracy, ale sensu dalszej działalności. W WZZ-etach wiedziano jednak, że jeśli teraz nikt nie zareaguje to spadną kolejne głowy. Koledzy Anny zorganizowali akcję protestacyjną drukując 8 tysięcy ulotek w jej obronie podpisanych przez członków Komitetu Założycielskiego WZZ Wybrzeża i redakcji „Robotnika Wybrzeża”. Podjęto już w zasadzie decyzję o podjęciu strajku w stoczni. Jego organizacją zajął się Bogdan Borusewicz. Termin rozpoczęcia wyznaczono na ranek 14 sierpnia (czwartek).

Warto zwrócić jeszcze uwagę na kwestię tego na ile wybuch strajku w tym terminie był na rękę władzy i czy nie był przypadkiem prowokacją? Wydaje mi się, że sam w sobie prowokacją absolutnie nie był, bo nastroje społeczne dostatecznie mocno dojrzewały do konfrontacji z władzą. Warto przypomnieć, że już w lipcu – a więc nie miało to związku ze sprawą A. Walentynowicz ani działalnością gdańskich opozycjonistów – wybuchły strajki w południowo-wschodniej części kraju (tzw. „lubelski lipiec 80”). Ich bezpośrednią przyczyną była kolejna podwyżka cen żywności. Była to groźna fala protestów tym bardziej, że w ich trakcie doszło do paraliżu ważnych strategicznie stacji przeładunkowych w Medyce i Małaszewiczach na granicy z ZSRS, wskutek czego przez kilka dni dywizje radzieckie stacjonujące w NRD były pozbawione dostaw. Protesty po 1 lipca pojawiły się też w innych częściach kraju. Jednak jak wynika z niektórych źródeł w tym z dokumentów enerdowskiej STASI oraz relacji niektórych funkcjonariuszy polskiej bezpieki (mjr. Jerzy Frączkowski) służby były doskonale poinformowane o planach strajku w Trójmieście i chociaż same go nie przygotowywały to pozwoliły na to by doszło do jego wybuchu. Było to możliwe dzięki rozbudowanej sieci agentury rozmieszczonej w szeregach opozycji.  Dlaczego zatem dopuszczono do strajku zamiast zablokować jego zawiązanie? Otóż jak się wydaje chodziło o doprowadzenie do kryzysu kontrolowanego, który miał posłużyć do odsunięcia od władzy ekipy Edwarda Gierka skreślonej już w tym czasie przez Moskwę. Dotychczasowego I sekretarza miał zastąpić tandem Kania – Jaruzelski.

Strajk – pierwsza faza 14 – 16 sierpnia. Tajemnica „Bolka” i nieudana próba pacyfikacji strajku.

Bezpośrednimi inicjatorami strajku oprócz Borusewicza byli Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński jednak żaden z nich nie był przewidziany na przywódcę. Kierownictwo WZZ-etów a przede wszystkim Borusewicz zdecydował na czele strajku postawić Lecha Wałęsę, który nie był pracownikiem stoczni już od 4 lat. Zastanawiające jest to, że właśnie Wałęsa był przewidziany na przywódcę w sytuacji, kiedy w WZZ-etach od dawna budził mieszane uczucia. Trzeba jednak pamiętać, że Borusewicz forsujący jego kandydaturę darzył go zaufaniem wbrew stanowisku choćby A. Gwiazdy a poza tym Wałęsa był członkiem komitetu strajkowego w 1970 roku. Nadto to był to „robociarz” z krwi i kości, bardziej przekonujący dla stoczniowców niż na przykład jakiś inżynier. Wałęsa jednak z początku starał się wymigać od tej propozycji tłumacząc się sytuacją rodzinną jakby nie wiedział, co ma zrobić. Chciał też odłożyć termin strajku. Trzeba go było specjalnie namawiać. W końcu się zgodził i ustalono, że przybędzie do stoczni 14-ego o 6.00 rano. O wyznaczonej godzinie jednak się nie zjawił i strajk zaczął się bez niego. Tymczasem kolporterzy roznosili ulotki po Trójmieście informujące o sprawie zwolnienia Walentynowicz. Sama Anna Walentynowicz była zaskoczona wybuchem strajku i dowiedziała się o nim nad ranem od Aliny Pieńkowskiej będąc u lekarza.