Reklamy

5 września 1981 roku rozpoczął się w gdańskiej Hali „Olivia” I Krajowy Zjazd „Solidarności”. Przebiegał on w bardzo burzliwej atmosferze, którą dodatkowo podgrzewały działania SB realizowane w ramach operacji „Sejmik”. Celem było oczywiście skłócenie uczestników. Główny spór toczył się między radykałami a umiarkowanymi, którymi przewodził – a jakże – „główny hamulcowy” Lech Wałęsa. Na czele skrzydła radykalnego stał Andrzej Gwiazda od dawna już niebezpodstawnie uprzedzony do Wałęsy. Jednym z najważniejszych dokumentów ogłoszonych na Zjeździe było posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej” wzywające robotników z innych krajów demokracji ludowej do pójścia w ślady „Solidarności”. Wywołało to wściekłość władz, ale nade wszystko Kremla, bo groziło to rozlaniem buntu na wszystkie państwa satelickie ZSRS w regionie. Kulminacją zjazdu były wybory przewodniczącego, w których starł się Wałęsa, reprezentujący umiarkowane skrzydło przeciwko radykałom. Ci drudzy nie potrafili się porozumieć w sprawie wystawienia jednego kandydata i w związku z tym Wałęsa nie miał problemu by już w pierwszej turze zdystansować swoich adwersarzy Andrzeja Gwiazdę, Mariana Jurczyka i Jana Rulewskiego. Rzecz znamienna, że działacze „lewicy laickiej” zwani pogardliwie „kuroniadą” poparli kandydaturę Gwiazdy! To pokazuje jak zadziwiające bywają polityczne wolty. Dziś Andrzej Gwiazda przez ludzi związanych z Kuroniem uchodzi za „oszołoma”. Oznacza to, że lewica laicka stała wówczas po stronie radykalnego skrzydła „Solidarności” uchodzącego współcześnie za skrzydło „patriotyczne” przeciwstawiające się umiarkowanym na czele, których stał agent „Bolek”.  Warto się chwilę pochylić nad tym politycznym fenomenem wybiegając nieco w przyszłość. Interpretacja wydaje się być stosunkowo prosta. „Lewica laicka” wywodząca się ze środowiska niegdyś odrzuconego przez partię w 1980 roku była jeszcze wciąż skłócona z PZPR. Jaruzelski był wówczas dla nich nie do przyjęcia ze względu na udział w antysemickich czystkach w armii w 1967-68 roku i później. Dlatego „kuroniada” uchodziła za grupę radykałów. To ich zbliżało w tamtych warunkach do innych radykałów będących autentycznymi patriotami polskimi.  Dopiero w połowie lat 80-tych doszło do zbliżenia między „lewicą laicką” a władzą na skutek pokątnych negocjacji Kuronia z przedstawicielami bezpieki. Ich skutkiem było zaproszenie do wspólnego stołu, na którym podzielono się „odrodzoną” w 1989 roku „niepodległą” Polską. Ale nawet wtedy Wałęsa nie został ulubieńcem „Kuronio-Michników”. Sojusz między nimi został zawarty dopiero w 1992 roku, gdy obalano rząd Olszewskiego. Jednym i drugim zależało na utrzymaniu status quo ustalonym przy Okrągłym Stole. Dawna „lewica laicka” broniła się w ten sposób przed polskim nacjonalizmem i „zoologicznym antykomunizmem” a Wałęsa przed widmem powracającej teczki z napisem „tw. „Bolek”. Od tego czasu Jacek Kuroń nigdy już nie nazwał Lecha Wałęsy agentem.

Zjazd „Solidarności” ogłosił także oficjalny program Związku. Jego główne tezy dotyczyły podkreślenia, że „Solidarność” łączy w swoich szeregach ludzi o różnym światopoglądzie, walczy o prawa ludzi pracy, postuluje uwzględnienie udziału samorządności pracowników, domaga się demokratyzacji życia i bardziej przejrzystego sformułowania kompetencji władz, dobierania kadr według kwalifikacji a nie przynależności partyjnej, odżegnywał się od przemocy wzywając do rozwiązywania sporów na zasadzie dialogu. Bardzo charakterystyczne, że nie padło tam ani razu słowo socjalizm a plany reformy gospodarki oparto o hasło wprowadzenia systemu planowo-rynkowego. Widać tu, więc stopniową ewolucję spojrzenia działaczy „Solidarności” na zagadnienia ekonomiczne i powolne uświadamianie sobie kluczowej rzeczy a mianowicie tego, że katastrofa gospodarcza jest rezultatem doktryny socjalistycznej i jej reanimowanie nie ma sensu. Ten system trzeba było po prostu zastąpić, czym innym aczkolwiek w swojej wymowie program ten nie był bynajmniej propozycją radykalnego odejścia od socjalizmu i w dalszym ciągu zawierał jego dość istotne elementy. Całość programu nazwano „Samorządna Rzeczpospolita” i ogłoszono go 7 października 1981 roku na zakończenie zjazdu.

Sklep

Sklep

Wraz ze zjazdem w skali kraju rosło napięcie ewidentnie podsycane przez władze, które nawet posuwały się do celowego obniżenia i tak już złego stanu aprowizacji oskarżając o ten stan rzeczy „Solidarność”. Zewsząd padały wezwania do położenia kresu „antysocjalistycznej awanturze”. W całej Polsce nadal wybuchały strajki. Z kolei ze strony sowieckiej psychozę strachu i widmo interwencji podsycały jesienne manewry „Zapad 81”. Ludzie widząc na granicach radzieckie czołgi uwierzyli, że lada chwila dojdzie do interwencji. To przekonanie pokutuje do dzisiaj. Tymczasem trzeba zadać sobie pytanie, co naprawdę planowała strona sowiecka i jakie były wytyczne Kremla? Otóż latem 1980 roku ekipa Breżniewa doszła do ostatecznego przekonania, w którym zresztą utwierdzała się od dawna, że interwencja w Polsce jest niewykonalna. Pytanie, dlaczego do takiego wniosku doszło kierownictwo ZSRS? Wydaje się, że w dużym stopniu zdecydowała tu nieustępliwa postawa Stanów Zjednoczonych. Istniała realna możliwość, że wejście do Polski spowoduje reakcję USA i konflikt zbrojny na skalę światową. W Moskwie myślący ludzie zdawali sobie sprawę z coraz gorszej sytuacji ZSRS i zwiększających się dysproporcji potencjału ekonomicznego względem zachodu. Stało się jasne, że Związek Radziecki tej wojny już nie wygra i będzie to jego koniec.

Kłopoty w Afganistanie, który miał być łatwym kąskiem wykazały, że czerwone imperium nie jest tym, co jeszcze niedawno. Nadto wiedziano, że w Polsce nie skończy się to wszystko jedynie wygrażaniem pięścią sowieckim czołgom jak w Czechosłowacji kilkanaście lat wcześniej. Z różnych źródeł, które dopiero niedawno wypłynęły wynika, że Sowieci by uniknąć interwencji byli gotowi przystać na „polską drogę do socjalizmu” lub nawet zupełnie odpuścić i zgodzić się na powrót kapitalizmu a nawet rządy „Solidarności”! Jest to zaskakujące, ale właśnie tak było! Co to w konsekwencji oznacza? Oznacza to, że sama PZPR zamiast ustąpić przed wolą własnego społeczeństwa postanowiła do końca walczyć o władzę. Tym samym rządząca ekipa pogrzebała szanse na emancypację Polski, która była możliwa już w 1980 roku! Komunistyczni przywódcy nie byli w stanie zerwać z dotychczasową polityką i zmienić całkowicie swego podejścia. Najważniejsza była dla nich ich władza. Taka postawa była, więc najlepszym rozwiązaniem dla Moskwy, która od dłuższego czasu pracowała nad stłumieniem polskiej „Solidarności” rękami polskich komunistów. Dzięki temu praktycznie bez wysiłku Związek Sowiecki utrzymał Polskę w swej strefie wpływów na kolejne blisko 10 lat zanim sam nie zdecydował o tym, że strefę tą trzeba zlikwidować.

Mimo wszystkich win, jakie Jaruzelski popełnił w ciągu swojego życia wobec narodu polskiego w tym momencie stracił jedyną okazję by te winy odkupić. Gdyby otworzył drogę do zmiany systemu już wówczas – a od niego to tak naprawdę zależało – mógł zostać bohaterem, na miarę Imre Nagya. Jak widać jednak to wykraczało poza jego możliwości mentalne. Ukształtowany przez lata w duchu komunistycznych kłamstw Jaruzelski był sowieciarzem, dla którego prawdziwie niepodległa Polska była abstrakcją niezależnie od pełnej patriotycznych frazesów autokreacji, którą karmił społeczeństwo przez całe lata także po zmianie systemu. Ostatecznym dowodem zdrady Jaruzelskiego są jego wiernopoddańcze prośby kierowane do towarzyszy radzieckich w sprawie bratniej pomocy na wypadek gdyby jednak reżim PRL-owski nie poradził sobie z kontrrewolucją. Jeszcze w przededniu stanu wojennego żebrał o gwarancję pomocy. Otrzymał odmowną odpowiedź. Decyzja Kremla była jednoznaczna. Musi sam załatwić swoje problemy. Od tego momentu przygotowania do stanu wojennego weszły w decydującą fazę.

Już w końcu września na Posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju gen. Florian Siwicki przedstawił konkretny plan dyslokacji jednostek wojska w momencie wprowadzenia stanu wojennego. Usunięto też ostatnią polityczną przeszkodę do realizacji zamierzeń, którą stanowił Stanisław Kania opierający się siłowemu rozwiązaniu.  Jaruzelski bezpośrednio skierował do niego groźbę, że jeżeli nie zaakceptuje planów stanu wojennego to zostanie zmarginalizowany a 18 października w trakcie IV Plenum KC PZPR ambasador Aristow bez ogródek oświadczył, że zdaniem Moskwy I sekretarzem powinien zostać Jaruzelski. Kania złożył, więc dymisję licząc, że jednak Komitet Centralny zagłosuje za jego pozostaniem.  Przeliczył się jednak i ostatecznie go odwołano a następnie jednomyślnie wybrano Jaruzelskiego. W tym momencie stał się on faktycznym dyktatorem państwa łącząc funkcję I sekretarza KC PZPR, premiera i ministra obrony narodowej. Władza stwarzała też pozory woli kontynuowania dialogu ze stroną społeczną, czego przejawem było bezowocne spotkanie Jaruzelskiego z Wałęsą i prymasem Glempem 4 listopada. Wykorzystując falę jesiennych protestów studenckich rząd postanowił pokazać swoja siłę.

2 grudnia specjalne oddziały wojskowe złamały siłą strajk w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej w Warszawie. Spowodowało to ostrą reakcje działaczy „Solidarności” a region „Mazowsze” zapowiedział masowy protest na 17 grudnia. Istotne było też gromadzenie materiałów mogących skompromitować „Solidarność” i dać pretekst do wprowadzenia stanu wojennego. Takie materiały zdobyto m.in. w Radomiu w czasie posiedzenia Prezydium Komisji Krajowej w dniu 3 grudnia z udziałem szefów regionów. Uzyskanie ich ułatwił agent SB działający w strukturach „Solidarności” Eligiusz Naszkowski (TW „Grażyna”) przewodniczący Zarządu Regionu w Pile. Akcję w Radomiu nadzorował Władysław Kuca, szef Departamentu III A MSW. Elementem dopinania przygotowań były kolejne spotkania Jaruzelskiego z marsz. Wiktorem Kulikowem, głównodowodzącym wojsk Układu Warszawskiego w trakcie, których znowu pytał czy może w razie niepowodzenia liczyć na pomoc. Sowieci jednak jasno sygnalizowali, że pomocy takiej nie będzie, jednocześnie z zadowoleniem przyjmowali kolejne meldunki polskich wasali o przygotowaniach stanu wojennego. Dla Jaruzelskiego było jasne, że porażka będzie oznaczała koniec komunizmu w Polsce. O tym jak bardzo polscy komuniści bali się swojej porażki i do końca liczyli, że jednak uda się przekonać Kreml do zagwarantowania pomocy był tekst harmonogramu operacji, jaki gen. Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych przekazał KGB.  Zakończył go stwierdzeniem, że w razie niepowodzenia Związek Radziecki będzie miał u swych granic wrogie państwo, które będzie mogło liczyć na wsparcie „imperialistów”.  Moskwa wiedziała jednak, że ewentualna utrata Polski lepsza będzie niż z góry skazana na klęskę konfrontacja z zachodem. Kierownictwo PZPR było już zdeterminowane by wprowadzić stan wojenny w najbliższym czasie. Oprócz dyslokacji jednostek rozesłano po całym kraju Terenowe Grupy Operacyjne złożone z oficerów i żołnierzy. Oficjalnie mieli oni pomagać na miejscu ludności udręczonej kryzysem. W rzeczywistości celem ich działania było rozpoznanie terenu przyszłej operacji i zapoznanie się z nastrojami ludności. Upieczono, więc dwie pieczenie na jednym ogniu, bo oprócz przeprowadzenia bezpośredniego zwiadu wyzyskano akcję propagandowo rozgłaszając w mediach jak to wojsko (w domyśle generał Jaruzelski) troszczy się o obywateli. Poczyniono także inne przygotowania m.in. przedłużając o dwa miesiące zasadniczą służbę wojskową rocznikowi, który ją odbywał. W Sztabie Generalnym uznano, że bieżący rocznik ze względu na to, że siedział przez ostatni rok w koszarach i nie był przez to zindoktrynowany przez „Solidarność” i okaże się lojalniejszy. Dwa miesiące przedłużenia służby wojskowej był według przepisów maksymalnym okresem, na który można było tę służbę prolongować. Dalsze przedłużenie było możliwe tylko w sytuacji stanu wojny. W dużym stopniu zadecydowało to o wyborze daty.

Reklamy