Reklamy

Opozycja mimo otrzymywanych sygnałów zlekceważyła właściwie zagrożenie i przez to dała się zaskoczyć. Jak się wydaje była zbyt ufna w siłę zbiorowości. W końcu przez ostatni rok była w stanie zmusić władzę już wielokrotnie do ustąpienia. Jednak nie wszyscy członkowie opozycji byli przekonani, że siłowe rozstrzygnięcie nie wchodzi w grę. Człowiekiem, który jak się wydaje był bardzo dobrze poinformowany (ciekawe skąd?) był doradca „Solidarności” Bronisław Geremek. W archiwum Instytutu Gaucka gromadzącym akta po dawnej enerdowskiej policji politycznej STASI zachował się tajny szyfrogram ambasadora NRD w Polsce do władz wschodnio niemieckich z 2 grudnia 1981 roku, który zawierał informacje o przygotowaniach do stanu wojennego w PRL. Znajduje się tam relacja dotycząca rozmowy, jaką Geremek odbył ze Stanisławem Cioskiem członkiem Rady Ministrów do spraw związkowych. W jej trakcie szef ekspertów stwierdził, że konfrontacja między władzą a opozycją jest nieuchronna i sam sugerował, że partia musi siłą zlikwidować aparat „Solidarności” a co najwyżej potem odbudować ją, jako apolityczny związek zawodowy tworzony przez wyselekcjonowanych ludzi o umiarkowanych poglądach. Tu padło stwierdzenie, że wśród nich mógłby być Wałęsa. Taka nowa „Solidarność” nie odwoływałaby się już do programu z sierpnia 1980 roku a także nie akcentowałaby związków z religią i kościołem. Interpretacja tej rozmowy, która dla samego Cioska była zaskoczeniem jest trudna, ale najprościej jest stwierdzić, że Geremek po prostu chciał wyrobić sobie u rządzących jakąś formę polisy ubezpieczeniowej. Nie można jednak stwierdzić, że tak było na pewno. Równie dobrze była to część jakiejś większej gry politycznej. W każdym razie w rozmowie tej Geremek zdemaskował się, jako wróg odrodzenia narodowo-katolickiej Polski. Nie dziwi to. Jego związki polityczne z europejską lewicą i masonerią jasno pokazują, że dla niego taka Polska była nie do przyjęcia.

Stan wojenny ogłoszono i formalnie wprowadzono 13 grudnia 1981 roku w godzinach nocnych. Rankiem Polacy oglądali już w telewizji słynne przemówienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który oznajmiał decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego i uzasadniał ją propagandowo. Pierwsze pytanie jest takie czy stan wojenny był wprowadzony bezprawnie? Oczywiście jego obrońcy twierdzą, że nie. Jednak prawda jest taka, że wszystko odbyło się z pogwałceniem konstytucji PRL, ponieważ nie można było go wprowadzić w trakcie sesji sejmu, ale też nigdy nie opublikowano dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego w Dzienniku Ustaw w takiej wersji, w jakiej przegłosowała go Rada Państwa. Społeczeństwu oznajmiono w przemówieniu Jaruzelskiego, że stan wojenny wprowadzono o północy z 12/13 grudnia. W rzeczywistości zrobiono to dopiero o 1.00 w nocy. Członkowie Rady Państwa zwiezieni w nocy do Belwederu zostali przez wojskowych postawieni wobec faktu dokonanego. Przedstawiono im jedynie gotowy plik aktów prawnych do zatwierdzenia. Posiedzenie Rady trwało do późnych godzin nocnych. Ogłoszeniu stanu wojennego sprzeciwił się tylko jeden członek Rady Ryszard Reiff związany ze Stowarzyszeniem PAX. Ciekawe, że potem jeszcze wprowadzano zmiany do tekstu dekretu o stanie wojennym. Wątpliwości zgłaszali m.in. prawnicy z Urzędu Rady Ministrów a także kościół, który dzięki interwencji prymasa Glempa i ks. Alojzego Orszulika doprowadził do kasacji artykułu ograniczającego prawa kościoła.

Dekret opublikowano dopiero 18 grudnia a sądom przesłano go jeszcze później, co nie przeszkodziło wymiarowi sprawiedliwości ferować wyroków już na podstawie prawodawstwa stanu wojennego. Władzę faktycznie przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, organ powołany nielegalnie i o charakterze niekonstytucyjnym. Była to faktyczna junta wojskowa a wprowadzenie stanu wojennego nosiło znamiona zamachu stanu. Na czele WRON stanął oczywiście Jaruzelski i 22 innych wojskowych m.in. generałowie Czesław Kiszczak (który był autorem nazwy WRON), Florian Siwicki, Michał Janiszewski, Tadeusz Tuczapski, Włodzimierz Oliwa, Józef Baryła. Znalazł się tam również pierwszy polski kosmonauta ppłk. Mirosław Hermaszewski, choć twierdził, że dołączono go tam bez jego wiedzy. Głos decydujący należał do tak zwanego dyrektoriatu, który tworzyli Jaruzelski, Kiszczak, Siwicki i Janiszewski. Realizacja operacji wprowadzania stanu wojennego rozpoczęła się już kilkanaście godzin przed jego oficjalnym ogłoszeniem. Przyczyna tego jest oczywista. Władza nie chciała pozwolić na utratę elementu zaskoczenia. Już w sobotnią noc rozpoczęły się aresztowania, wojsko i milicja przejęły bezpośrednią kontrolę nad centralami telefonicznymi i tym samym wyłączono wszystkie linie cywilne (operacja „Azalia”). Zajęto też obiekty związane z radiem i telewizją. Na ulice polskich miast w mroźną grudniową noc wyjechało tysiące czołgów i innych pojazdów wojskowych. Użyto około 70 tysięcy żołnierzy i 30 tysięcy funkcjonariuszy MSW (MO, SB, ZOMO, ORMO, ROMO, WOP i jednostek wojskowych MSW). W praktyce władza miała do dyspozycji o wiele więcej mundurowych formacji, których liczba dochodziła nawet do miliona. Przez cały dzień 13 grudnia radio i telewizja nadawały wyłącznie przemówienie Jaruzelskiego, w którym komunistyczny dyktator gładkimi słowami uzasadniał decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego. Był to przykład pięknie opakowanego propagandowego rynsztoku. Od tego dnia przed ekranami telewizorów wszyscy prezenterzy pojawiali się w mundurach. Dokonano zresztą masowej militaryzacji zakładów pracy. Najważniejszym elementem była rozprawa z opozycją realizowana w ramach akcji „Jodła”. Tysiące działaczy „Solidarności” i innych organizacji opozycyjnych zostało aresztowanych i wyprowadzonych z domów nie raz w brutalny sposób. Aresztowania odbywały się na podstawie dawno już przygotowanych list. Zorganizowano około 50 ośrodków internowania m.in. w Warszawie-Białołęce, Strzebielinku, Gołdapi i Jaworzu. Aresztowano większość członków Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, którzy akurat wtedy obradowali w Gdańsku wśród nich Lecha Wałęsę. Tym samym Związek został bez większości przywódców, chociaż niektórzy uniknęli aresztowania m.in. Władysław Frasyniuk, szef Regionu Dolnośląskiego oraz szef Regionu „Mazowsze” Zbigniew Bujak, który został aresztowany dopiero w marcu 1982 roku, ale mimo to zdołał w brawurowy sposób wymknąć się esbekom i ukrywał się aż do 1986 roku, gdy ponownie go zatrzymano.

Ogółem w pierwszej fazie internowano około 5 tysięcy osób a w ciągu całego stanu wojennego w sumie około 10 tysięcy. Do tego doszli jeszcze ci, którzy zostali skazani na wyroki więzienia. Największy otrzymała Ewa Kubasiewicz skazana na 10 lat więzienia przez sąd wojskowy Marynarki Wojennej za kolportaż ulotek wzywających do oporu przeciw władzy.  Skazani to przede wszystkim osoby, które wzięły udział w strajkach i protestach w okresie trwania stanu wojennego, co było surowo zabronione i bezwzględnie karane tym bardziej, że sądy działały doraźnie. Obostrzenia stanu wojennego obejmowały m.in. wprowadzenie godziny policyjnej od 19.00 do 6.00, potem od 22.00 do 6.00, zakaz manifestacji, zablokowanie wyjazdów zagranicznych łącznie z zamknięciem lotnisk i przejść granicznych, czasowe zawieszenie nauczania w placówkach oświatowych, ograniczenie dostępu do prasy, której kolportaż w skali ogólnopolskiej ograniczono tylko do dwóch tytułów prasowych „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności”, ocenzurowanie korespondencji, zawieszenie połączeń telefonicznych a po ich odblokowaniu kontrolowanie wszystkich rozmów (w słuchawce było, co chwila słychać komunikat „rozmowa kontrolowana”, co wiele lat później prześmiewczo wykorzystano w słynnej komedii Sylwestra Chęcińskiego ze Stanisławem Tymem w roli głównej). Warto dodać, że wśród osób internowanych znalazł się także Edward Gierek wraz z czołowymi postaciami ze swojej ekipy m.in. Piotrem Jaroszewiczem i Edwardem Babiuchem. Był to sprytny zabieg propagandowy ze strony Jaruzelskiego gdyż dzięki temu można było społeczeństwu pokazać, że władza nie oszczędza osób ze swoich szeregów i ze zrozumieniem przyjmuje fakt, że naród się zbuntował nie bez powodu. Powodem tym były błędy poprzedniej ekipy i ta ekipa poniesie za to odpowiedzialność. Osoby internowane były przetrzymywane w bardzo niejednorodnych warunkach. Wynikało to z dwóch rzeczy. Po pierwsze lokalizacji ośrodków internowania. Tam gdzie były one utworzone przy zakładach karnych warunki siłą rzeczy były cięższe. Część natomiast umieszczono na terenie ośrodków wczasowych w tym także rządowych gdzie z kolei panowały warunki o wiele lepsze. Drugim powodem umieszczania internowanych w miejscach o różnym standardzie była intencja wprowadzenia podziału między zatrzymanymi działaczami opozycji. Nie da się ukryć, że duża część tych, których przetrzymywano w lepszych warunkach byli to ludzie wytypowani, jako ewentualni partnerzy w przyszłych rozmowach politycznych.

Łagodniejsze potraktowanie miało ich zmiękczyć i przekonać, „że nie taka ta władza zła”. Wśród tych osób byli głównie intelektualiści związani między innymi z kręgiem doradców „Solidarności” i czołówką władz związkowych. W ten sposób selekcjonowano wytypowane osoby uznane z różnych względów za przydatne dla władzy. Ta praktyka nierównego traktowania więźniów była kontynuowana z premedytacją także po stanie wojennym. Dużo na ten temat mówił jeden z przywódców śląskiej „Solidarności” Andrzej Rozpłochowski, należący do najbardziej niezłomnych działaczy opozycji oczywiście bezpardonowo atakowanych przez beneficjentów „Okrągłego Stołu”. Niektórzy byli z obozów internowania przenoszeni bezpośrednio do więzień (np. Andrzej Gwiazda). Taki los spotykał najbardziej nieprzejednanych. Wreszcie specjalne potraktowanie – „opieka Biura Ochrony Rządu” a nie towarzystwo klawiszy więziennych i wręcz luksusowe warunki – dotyczyło dwóch osób Jana Kułaja, przywódcy rolniczej „Solidarności”, który zdradził i przeszedł na stronę władzy składając samokrytykę w rządowej telewizji już w 1982 roku a więc jeszcze w czasie stanu wojennego! Drugim był Lech Wałęsa. Został on zatrzymany nad ranem 13 grudnia w swoim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. Początkowo nie chciał wpuścić walących do drzwi Zomowców, ale zgodził się na to dopiero, gdy przyjechali osobiście I sekretarz KW PZPR w Gdańsku  Tadeusz Fiszbach oraz wojewoda gdański Jerzy Kołodziejski. Miał się jeszcze spotkać z gen. Adamem Krzysztoporskim a potem odwieziono go samolotem do Warszawy i zawieziono do pałacyku – willi rządowej w Chylicach. Tam doszło do spotkania ze Stanisławem Cioskiem, który poinformował Wałęsę, że jego zatrzymanie nie ma charakteru aresztowania czy internowania a jedynie „gościny” ze strony rządu. Warunki, w których przebywał Wałęsa były oczywiście „złotą klatką” w porównaniu z tym jak byli przetrzymywani pozostali internowani, ale jednak nie miał pełnej swobody poruszania, więc ta „gościna” miała dość specyficzny charakter. W trakcie rozmowy z Cioskiem Wałęsa był bardzo ugodowy i wykazywał zadziwiającą chęć dialogu ze stroną rządową. Powstał nawet pomysł jego wystąpienia w telewizji, do którego ostatecznie nie doszło z powodu oporu Wałęsy. Miało także miejsce spotkanie z przedstawicielami kościoła bp. Bronisławem Dąbrowskim i ks. Alojzym Orszulikiem (TW „Pireus”), który go odwiedzał także w późniejszym czasie. Wałęsie umożliwiono również telefon do żony jak i do ks. Henryka Jankowskiego. Warto na marginesie zaznaczyć, że 13 grudnia zatrzymano także kierowcę Wałęsy Mieczysława Wachowskiego, który już następnego dnia został wypuszczony. Ponad wszelką wątpliwość był to agent SB (a najprawdopodobniej etatowy oficer, któremu zlecono szczególne zadanie) umieszczony w bezpośrednim otoczeniu przewodniczącego. Wślizgnął się on w szeregi Ruchu Młodej Polski i stamtąd za pośrednictwem ks. Jankowskiego (KO „Delegat”, „Libella”) został zarekomendowany Wałęsie, jako osobisty kierowca. Sprzeciwiło się temu – jak twierdzi Andrzej Gwiazda – Prezydium Komisji Krajowej, które uznało Wachowskiego za wtykę bezpieki, ale Wałęsa to zlekceważył i wszedł ze swoim kierowcą w bliską komitywę. Kierowca Wałęsy był obecny na większości ważniejszych spotkań z jego udziałem nawet tych, które nie były przeznaczone dla osoby było nie było niskiej rangi niepełniącej żadnej oficjalnej funkcji w szeregach „Solidarności”, jaką był Wachowski. W stanie wojennym zajął się pomaganiem rodzinie Lecha, przez co zyskał zaufanie Danuty Wałęsowej do dziś wspominającej ile dobrego w tym trudnym czasie zawdzięczała Mietkowi. Wachowski był doskonale zakonspirowany. SB wyczyściła ślady jego działalności nawet ze szkół i zakładów pracy gdzie był zatrudniony. Jego wątek będzie jeszcze wielokrotnie powracał a w przyszłości Wachowski stanie się szarą eminencją w otoczeniu Wałęsy już, jako prezydenta.

Reklamy