Reklamy

Podzespoły:

  • Ds. ekologii (8 posiedzeń),
  • Ds. górnictwa (9 posiedzeń),
  • Ds. polityki mieszkaniowej (4 posiedzenia),
  • Ds. młodzieży (5 posiedzeń),
  • Ds. nauki, oświaty i postępu technicznego (4 posiedzenia),
  • Ds. reformy prawa i sądów (9 posiedzeń),
  • Ds. rolnictwa (5 posiedzeń),
  • Ds. środków masowego przekazu (6 posiedzeń),
  • Ds. stowarzyszeń i samorządu terytorialnego (1 posiedzenie),
  • Ds. zdrowia (5 posiedzeń)

Grupy robocze:

  • Ds. indeksacji płac i dochodów (3 posiedzenia),
  • Ds. majątkowych związków zawodowych,
  • Ds. nowelizacji ustawy o związkach zawodowych,
  • Ds. samorządu terytorialnego (3 posiedzenia),
  • Ds. stowarzyszeń (3 posiedzenia),
  • Ds. założeń do projektu ustawy o uprawnieniach niektórych pracowników do ponownego nawiązania stosunku pracy,
  • Ds. ustawy o związkach zawodowych rolników indywidualnych.

Ogólna liczb wszystkich posiedzeń łącznie z plenarnymi na rozpoczęcie i zakończenie obrad wynosiła 99

Przebieg obrad był ściśle kontrolowany przez władze, co nie dziwi, bo to w końcu one rozdawały karty. Najważniejsi uczestnicy otrzymywali notatki od MSW dotyczące negocjatorów z drugiej strony. Wiedza o przeciwniku dawała oczywiście nad nim przewagę. Zbierane informacje służyły także do prób rozgrywania przeciw sobie poszczególnych odłamów tzw. konstruktywnej opozycji. Przejawiało się to m.in w. próbach poróżnienia Wałęsy z lewicą post korowską, która była zaniepokojona wzrostem wpływu na przewodniczącego ze strony środowisk katolickich i kościoła a tego jak wiadomo ich środowisko bało się jak ognia. W analizach tej sytuacji podkreślano też fakt żydowskiego pochodzenia części doradców byłej Solidarności. W jakiś sposób mogło to wpłynąć na konflikt tych grup, który uwidocznił się w czasie wyborów prezydenckich w 1990 roku, chociaż jak wiadomo ostatecznie Wałęsa i Michnik stanęli po jednej stronie barykady, gdy przyszło bronić porządku wypracowanego przy Okrągłym Stole. W ogóle ciekawe były spostrzeżenia na temat działalności Michnika, którego bezpieka podejrzewała o podwójną grę. Z jednej strony mówił o tym, że trzeba iść na kompromis by uniknąć „drugiego stanu wojennego” a po cichu twierdził, że chce rozwalić nomenklaturę. Te drugie stwierdzenia kierował nieoficjalnie do swoich partnerów z opozycji kreując się w ten sposób na gracza chcącego przechytrzyć komunistów. Jak wiadomo w rzeczywistości Michnik nie zamierzał rozwalać żadnej nomenklatury a co więcej przyczynił się do jej bezkarności. Były to wiec jego gierki, ale chyba sama bezpieka zrozumiała je opacznie.  Strona koalicyjno-rządowa przygotowywała się do obrad także w inny sposób, co przybierało nieraz kuriozalny wymiar. Jerzy Urban wspominał, że w rządowym pałacyku w Otwocku Wielkim zorganizowano coś na kształt operatywki w czasie, której osoby wyznaczone do obrad ćwiczyły ich przebieg. Jedna grupa udawała opozycję druga stronę rządową. W trakcie tych prób „teatralnych” okazało się, że osoby odgrywające rolę strony rządowej jakoś niezdarnie broniły stanowiska swojego obozu, podczas gdy ci, którzy udawali „Solidarność” sypali celnymi argumentami jak z rękawa. Pokazuje to, że ogół członków partii nie wierzył już w realny socjalizm a jedyne, co ich trzymało przy PZPR to zwykły oportunizm. Nie dziwi, więc, że strategicznym i realnym z punktu widzenia politycznego celem komunistów była bezpieczna obecność w nowym systemie i gwarancja wpływów własnej sitwy. Można powiedzieć, że plan minimum trafnie i z właściwym sobie błyskotliwym cynizmem przedstawił Leszek Miller: „Musimy być obecni, ale w tym celu nie trzeba stale zajmować sceny – wystarczy, że się na niej od czasu do czasu pokażemy”. Jakże to prorocze stwierdzenie!

Władze także zdawały się lekceważyć swoich koalicjantów z ZSL i SD, co wynikało zapewne z przyzwyczajenia, że ich rola miała charakter dekoracyjny, co później zemściło się na PZPR, gdy ugrupowania satelickie przeszły w sejmie kontraktowym na stronę opozycji. Kiszczak przewidział taki scenariusz już wcześniej o ile nie był on częścią wcześniej przygotowanego planu. Potwierdza to też notatka z MSW mówiąca, że o takim rozwoju wydarzeń mówił też Bronisław Geremek. Pewne niespodzianki stwarzał również OPZZ wykreowany przecież przez partię. Bo o ile władze chciały wyborów półwolnych o tyle Alfred Miodowicz uważał, że wybory powinny być w pełni wolne a na koniec jego organizacja opierała się podpisaniu deklaracji kończącej obrady Okrągłego Stołu.

Najbardziej dyskusyjne tematy dotyczyły kwestii planowanych wyborów i zmian ustrojowych. W pierwszym rzędzie szło o ordynację wyborczą. Strona rządowa parła do realizacji pomysłu wyborów „niekonfrontacyjnych”. Takie rozwiązanie już do znudzenia było eksploatowane przez cały okres PRL-u i nie miało oczywiście nic wspólnego z demokracją. Miała to być jedna lista a więc znowu obywatele musieliby głosować na kolejną emanację „listy jedności narodowej”. Rozwiązanie to jest typowe dla państwa komunistycznego. Wskutek oporu opozycji władze od tego odstąpiły, ale nazwa „lista krajowa” została użyta w czasie wyborów na określenie ogólnokrajowej listy strony rządowej (pozostałe listy były w okręgach). Nie kojarzyło się to dobrze. Oprócz tego ustalono, że do sejmu wejdą kandydaci, którzy otrzymają 50% głosów w skali kraju, co nie było wcale dobrym rozwiązaniem dla rządzących. Niektórzy przestrzegali, że kandydaci z listy krajowej mogą nie wejść, ale głosy takie zlekceważono, co świadczy o tym, że część aparatu partyjnego nadal się czuła pewnie. Na przełomie lutego i marca rozmowy znalazły się w impasie, co było spowodowane sporem o podział mandatów w sejmie i kompetencje urzędu prezydenta, który zamierzano przywrócić. W tej pierwszej kwestii spory szły o zdawałoby się drobne liczby, ale decydowały one o subtelnościach przyszłej arytmetyki sejmowej. W sprawie urzędu prezydenta strona koalicyjno-rządowa chciałaby głowa państwa miała szerokie uprawnienia i była wybrana przez sejm IX kadencji. Opozycja zdając sobie sprawę, że kandydatem będzie ktoś z partii oponowała przeciw temu a nawet padały propozycje by utworzyć jakąś formę kolegialnej głowy państwa. Stało się jasne, że jedynym kandydatem będzie Jaruzelski, choć wcześniej rozważano poważnie kandydaturę Kiszczaka. Twierdził on, że gdy latał samolotem do Gdańska na tajne spotkania z Wałęsą, ten go zapewniał, że strona opozycyjna w przyszłym sejmie poprze jego kandydaturę. (Prezydenta miał wybierać parlament). Alojzy Pietrzyk twierdzi, że już w połowie marca zapadła decyzja o tym żeby prezydentem został Jaruzelski, który wydawał się, co poniektórym mniejszym złem niż Kiszczak. Był to oczywiście wybór między dżumą a tyfusem, ale pokazuje jak bardzo władza zagięła parol na najwyższy urząd w państwie narzucając swojego kandydata. Być może, był to dobry moment by zerwać negocjacje, doprowadzić do strajku generalnego i zmusić reżim do kapitulacji. Jednak większość uczestników obrad Okrągłego Stołu po stronie opozycyjnej nie była na to gotowa a powiedzmy sobie szczerze, że byli oni przeważnie dobrani tak by czegoś takiego właśnie nie zrobili. Impas w rozmowach został nieoczekiwanie przerwany 2 marca, gdy padła propozycja by w zamian za zgodę strony opozycyjnej na silną pozycję konstytucyjną prezydenta przeprowadzić całkowicie wolne wybory do senatu. Autorem tego pomysłu był Aleksander Kwaśniewski należący do grona młodych aparatczyków partyjnych, który robił błyskawiczną karierę. Jest zastanawiające, dlaczego Kwaśniewski wyszedł z podobną koncepcją, której jak się zdaje nie konsultował wcześniej z nikim. Wywołało to zamieszanie po stronie koalicyjno-rządowej i ostrą dyskusję. Zaskoczony był sam Jaruzelski. Niektórzy obserwatorzy twierdzili, że było to związane ze wzrostem znaczenia młodych działaczy takich jak Miller czy Kwaśniewski a spadkiem znaczenia dotychczasowych kierowników. Jest to dyskusyjny pogląd gdyż jak wiadomo nad przebiegiem „Okrągłego Stołu” czuwała bezpieka kierowana przez Kiszczaka. Przy okazji warto przypomnieć, że Kwaśniewski, który według dokumentów znajdujących się w IPN był swego czasu zarejestrowany, jako Tajny Współpracownik SB o pseudonimie „Alek”. Jego znacząca rola w obradach Okrągłego Stołu i w rozmowach w Magdalence raczej by wskazywała na to, że cieszył się on zaufaniem Kiszczaka i być może realizował pewne rzeczy w ścisłym porozumieniu z szefem bezpieki. Jest to jednak jedynie hipoteza badawcza. Istotne jest to, że Jerzy Urban wypuścił swoimi kanałami do zagranicznych mediów informacje o planowanych wolnych wyborach do senatu zanim jeszcze do tego pomysłu ustosunkowało się Biuro Polityczne. Wyglądało to, więc zupełnie tak jakby ktoś specjalnie wymusił realizację pomysłu Kwaśniewskiego gdyż w przeciwnym razie przedłużający się impas mógł postawić pod znakiem zapytania kontynuowanie rozmów a na tym żeby do tego nie doszło zależało nie betonowi partyjnemu, ale bezpiece i powiązanej z nią części aparatu PZPR-owskiego. Ostatecznie ustalono, że z większości województw będzie startowało dwóch kandydatów do senatu a z dwóch (warszawskie, katowickie) trzech. Tym samym liczba senatorów miała się zamknąć w okrągłej sumie 100 deputowanych. Ciekawe, że opozycja liczyła na zwycięstwo tylko w wielkich miastach i okręgach przemysłowych a nie w regionach rolniczych. Tym bardziej późniejsze wyniki wyborów do drugiej izby parlamentu były zaskoczeniem. Konsensus w sprawie senatu niekorzystnie jednak się odbił na ustaleniach, co do wyborów sejmowych. Pierwotna – rządowa zresztą propozycja wyborów w stosunku 60 dla strony koalicyjno-rządowej do 40 dla strony opozycyjnej zastąpiono układem 65 do 35. Oznaczało to w praktyce zagwarantowanie 299 mandatów dla PZPR-u z jego przybudówkami a jedynie 161 dla opozycji. Dzięki takiemu układowi biorąc pod uwagę niskie uprawnienia senatu komuniści mogli liczyć na przełamanie veta wyższej izby na wypadek gdyby opozycja zdobyła w nim większość. Wiązało się to jeszcze z ustaleniem, jaka część sejmu takie veto mogłaby przełamać. Tym razem opozycja wytargowała swoją propozycję tj. 2/3 głosów, co uzyskano za cenę zgody na dalsze umocnienie władzy prezydenta, którym przypomnijmy miał być nie, kto inny jak gen. Jaruzelski. Jego wybór miał być dokonany przez Zgromadzenie Narodowe (połączone izby parlamentu), co przy przewidywanym podziale mandatów znowu dawało przewagę rządowi. Kadencja głowy państwa miała trwać 6 lat. Prezydent uzyskał oprócz prawa veta (uchylanego przez sejm 2/3 głosów) i prawa rozwiązania parlamentu w przypadku nie uchwalenia budżetu lub nie powołania na czas rządu także możliwość rozwiązania parlamentu w przypadku uchwalenia ustawy „godzącej w konstytucyjne prerogatywy prezydenta”. Mógł też wprowadzić stan wojenny bądź wyjątkowy oraz sprawował zwierzchnictwo na armią. Jak więc widać takie uprawnienia głowy państwa, którą nadal miał być komunistyczny generał pokazują, kto miał nadal rządzić państwem. Bardzo istotna sprawa dotyczyła kwestii realizacji postulatu relegalizacji „Solidarności”. Był to kluczowy postulat dla opozycji gdyż gwarantował jej ciągłość z pierwszą „Solidarnością” z 1980 roku i nadawał jej w ogóle osobowość prawną a takiej opozycja nie posiadała zasiadając do rozmów z rządem. Tymczasem zgodzono się jedynie na legalizację „Solidarności” jakby od nowa i to w duchu litery ustawy o związkach zawodowych z 1982 roku, co utrudniało nawet możliwość przeprowadzenia strajku a w dodatku paraliżowało ubieganie się o zwrot majątku związkowego zagrabionego „Solidarności” w stanie wojennym. W dodatku wbijało to klin w środowisko opozycyjne, bo radykalniejsi działacze nie mogli zaakceptować tak haniebnych warunków, co stało się przyczyną postępujących rozłamów w ruchu postsolidarnościowym, który na trwałe udało się skłócić i podzielić. Zadowalania z takiego obrotu sprawy nie krył m.in. Aleksander Kwaśniewski. Kolejnym elementem dzielącym opozycję była kwestia rehabilitacji osób dotkniętych represjami za działalność opozycyjną. Ustalono znowu z korzyścią dla władz, że rehabilitacja może mieć charakter indywidualny a nie masowy. W ten sposób znowu dzielono opozycjonistów i zabezpieczano się przed próbami potępienia stanu wojennego, który przedstawiano, jako konieczność polityczną. Niewiele też wywalczono w kwestii sądownictwa, które aż po dziś dzień pozostaje zdominowane przez dawny układ. Również samorząd terytorialny głębszych reform doczekał się znacznie później a wolność mediów nadal była problematyczna. W tym przypadku zapewniono symboliczny dostęp do radia i telewizji dla strony opozycyjnej i zgodzono się na wydawanie legalnie „Tygodnika Solidarność” i tygodnika NSZZ Rolników Indywidualnych a także ogólnopolskiego dziennika na razie z myślą o potrzebach kampanii wyborczej. Tak powstały zaczątki „Gazety Wyborczej”, która właśnie temu zawdzięcza swą nazwę i choć początkowo wydawała się być głosem wolnych Polaków bardzo szybko stała się tubą propagandową określonego środowiska politycznego i jednym z głównych narzędzi utrzymania okrągłostołowego status quo. Na jej redaktora wyznaczono Adama Michnika a propozycja ta miała wyjść od Lecha Wałęsy. Nowa gazeta uzyskała szerokie wsparcie finansowe i logistyczne od Kiszczaka a dla milionów Polaków zamęczonych do znudzenia „Trybuną Ludu” stała się remedium na komunistyczną propagandę. Mimo, że początkowo w gazecie pracowało wielu dziennikarzy z różnych opcji związanych z opozycją dała się od razu zauważyć przewaga środowiska post korowskiej lewicy laickiej. To ci ludzie od samego początku nadawali ton nowemu dziennikowi a autorzy o innych poglądach z czasem zostali wyeliminowani (np. casus Stanisława Remuszki autora demaskatorskiej książki „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice (kalejdoskop)”). Początkowo gazeta miała ukazywać się tylko do wyborów i pełnić funkcję organu strony opozycyjnej, ale po wyborach (pierwszy numer ukazał się 8 maja 1989 r.) Michnikowi udało się doprowadzić do kontynuowania jej działalności. Za jej pomocą stał się na lata kreatorem rzeczywistości a środowisko Gazety Wyborczej coraz bardziej skłócone z resztą obozu postsolidarnościowego (wtedy także z Wałęsą!) było rdzeniem obozu politycznego, w którym rej wodziły nazwiska Michnika, Geremka, Mazowieckiego czy Kuronia. Ilustracją wpływu Gazety Wyborczej na bieżącą politykę był wielokrotnie przypominany słynny artykuł Michnika z lipca 1989 roku „Wasz prezydent, nasz premier”, co było wskazywane, jako przejaw wielkiej przenikliwości politycznej naczelnego Gazety. Tymczasem było to tak naprawdę do klepanie po czasie magdalenkowych ustaleń tylko w nieco zmienionej konfiguracji. Wreszcie największe kontrowersje budzi sprawa finasowania Gazety. Było ono oparte o utworzoną już w kwietniu 1989 roku spółkę Agora sp. z.o.o., która jest wydawcą Gazety do dziś. Spółkę zrejestrował Andrzej Wajda, Zbigniew Bujak i Aleksander Paszyński (wkład współudziałowców był kuriozalnie niski – dzisiejsze 50 zł. od osoby) a potem dokooptowano do niej osoby ze środowiska redakcyjnego starannie wyselekcjonowane przez Michnika. Gazeta Wyborcza jest do po dziś dzień jednym z filarów systemu okrągłostołowego. Jednego nie można odmówić jej redaktorowi naczelnemu. Wierności zwartemu w 1989 roku układowi.

Reklamy