Między Mazowieckim a Bieleckim

W czasie, gdy jeszcze nie przebrzmiały echa wydarzeń, które miały miejsce podczas obrad Magdalenkowych a później obrad okrągłego stołu a gdy zebrał się Sejm Kontraktowy Nowej –Starej Nomenklatury nikt nie sądził, że ten okres odciśnie się tak wyraźnie na obecnej rzeczywistości pod każdym względem życia społeczno-politycznego. Od tego okresu konsekwentnie Obóz Generałów Kiszczaka –Jaruzelskiego ramię w ramię z Naczelnym Wyborczej zaczęli realizować postanowienia parafowane podczas wspólnych libacji alkoholowych kilka miesięcy temu w nurcie haseł: „..taki rząd gdzie Lech będzie premierem, a pan ministrem spraw wewnętrznych”. Ten kierunek tak zwanego uwłaszczenia nomenklatury miał swój początek jeszcze za rządów ekipy Mieczysława Rakowskiego (od 14 października 1988 do 12 września 1989) i był kontynuowany przez premiera Czesława Kiszczaka (od 2 sierpnia do 24 sierpnia 1989).  Redaktor Michnik w 2011 r podczas głośnego wywiadu dla Gazety Wyborczej miał określić Kiszczaka, jako tego, który po 1989 roku nigdy nie zawiódł zaufania, po prostu człowieka honoru. Jak sam utrzymywał nie chciał tworzyć rządu przyjmując tekę prezesa rady ministrów i wspominał po latach: „Ja za chińskiego boga nie chciałem tworzyć rządu w oparciu PZPR-ZSL-SD i paru katolików świeckich, – bo to w Polsce niczego by nie zmieniło. Mnie się marzyła wielka koalicja”.

Zresztą rozumiał, że z taką ekipą mało, kto by współpracował ( Jerzym Urbanem, Aleksandrem Kwaśniewskim, Józefem Oleksym, Florianem Siwickim).  Czyżby chętnych z obozu postsolidarnościowego do misji tworzenia rządu zabrakło czy też zakładali, że współpraca to gwóźdź do trumny kariery politycznej albo dalsze wikłanie się w współpracę agenturalną? Chwalił się w wywiadach po 1989 jawiąc się jednocześnie, jako ten, który dąży za wszelką cenę do zgody narodowej, bo gdy przychodzili do jego gabinetu w MSW działaczce opozycji uwikłani w współpracę z SB z troską ojca narodu wtedy postępował tak: „ Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura w skład, którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki. Część dokumentów przekazaliśmy Kościołowi na jego wyraźną prośbę”.  Jedno jest pewne, jako premier a później minister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego czynił porządki, aby nikomu z otoczenia Naczelnego redaktora Wyborczej i prezydenta Wałęsy, który zaprzecza swej agenturalnej przeszłości nie stała się krzywda polityczna, która mogłaby zahamować dalszą karierę polityczną.  Gdy ustępował z urzędu premiera w sierpniu 1989 r. Prezydent Wałęsa wysunął kandydaturę Tadeusza Mazowieckiego, którego Sejm powołał 24 sierpnia 1989 r. „Mogę być premierem dobrym lub złym, ale nie zgodzę się być premierem malowanym” zapewniał Tadeusz Mazowiecki tuż przed powołaniem go na funkcję prezesa rady ministrów. Prawda w rzeczywistości była malowana jego kontrowersyjną przeszłością, jako publicysty związanego z PAX-em Bolesława Piaseckiego. Nie byłoby w tym nic rażącego gdyby nie fakt, że sam Piasecki był zarejestrowany już, od 1947 jako agent NKWD a później UB pod pseudonimem TW Tatar. Otrzymał on od władz w Moskwie propozycję a właściwie misję nie do odrzucenia, jako tego, który będzie infiltrował powojenny Kościół i aby przekonywał wiernych by ci tolerowali stalinowski system. A, że dobrze wykonywał swą wywiadowczą robotę to generał NKWD Iwan Sierow miał się o nim wyrażać, jako  „gienialnow malczik”.