.Poeta i pisarz – Polska ojczyzną żebrzących.

pisarzObecnie, tylko kilku pisarzy (licząc palce na ręce u drwala!) w Polsce jest w stanie wyżyć z pisania. I to tylko wtedy, kiedy pokażą się w telewizji lub lansuje ich jakaś poczytna gazeta, urząd czy partia… Inni muszą założyć żebracze szaty lub zamienić się w kaznodziejów – by zarobić „psi grosz” na swoich tomikach i książkach wydanych – najczęściej w śladowych nakładach – za własne, często pożyczone i wcale nie małe pieniądze.

Horror !!!

Zaledwie kilka, ostatnich już, wydawnictw w Polsce płaci pisarzom jakieś żenujące honoraria… Reszta wydawców po prostu podrzuca autorowi 100 lub 200 egzemplarzy jego książki, by sam je sobie sprzedał, czyli płaci „w naturze”. To tak, jakby górnik dostał kilka ton węgla, zamiast wypłaty….

PRZYPOMNIJMY

Podstawowy, pierwszy nakład książki w PRL – to było 20 tysięcy egz. + 450 egz. dla autora + oczywiste honorarium. Pisarz, czy poeta składał swój maszynopis w jednym z bardzo wielu zasłużonych dla kultury polskiej i markowych państwowych wydawnictw. Jeśli recenzje ‚krytyków wewnętrzynych’ zatrudnionych przez oficynę wydawniczą były pozytywne — książkę kwalifikowano do druku. Jeśli odnosiła czytelniczy sukces – była wielokrotnie wznawiana.

OBECNIE

podstawowy nakład to zaledwie około… 1 tysiąc egz. – jakże często wydanych własnym sumptem autora (na koszt autora), który zaciąga pożyczki, by przez lata je spłacać…

Aby wydać kilkaset egzemplarzy książki, trzeba słono zapłacić biznesmenowi-wydawcy, który zazwyczaj nie ma podpisanej umowy z jedną z nielicznych już hurtowni… Tak więc książka nie trafia do księgarń ani EMPIK-ów. Wyczerpany autor (a nie nakład książki) — może już sobie cały nakład rozdać znajomym, kolegom „po piórze”…; resztę zaś – rzucić w kąt swojej kanciapy…!

Tomiku poezji bez załatwienia dotacji z miasta praktycznie wydać nie można.

Wydają ci poeci, którzy mają znajomości w odpowiednich urzędach – tam, gdzie mieszkają. Raz na jakiś czas, od wielkiego dzwonu…,  udaje im się dostać tysiąc lub dwa tysiące złotych by dołożyli do własnych… na wydanie książki – na której i tak nie zarobią. Otrzymają najwyżej sto egzemplarzy „na swoje potrzeby”.

Mamy więc spore stadko „dworskich poetów”, którzy lwią część czasu poświęcają temu, by łasić się do urzędników. Odbija się to na jakości tej literatury – bo musi ona być nijaka, „grzeczna”, banalna, nadawać się na lokalne salony lub mówić językiem ezopowym – tak, by sprawiać wrażenie… „wielkiej sztuki”… (Sic!)

Wiele lokalnych wydawnictw to pisemka i książki służące propagandzie urzędującego prezydenta, burmistrza czy wójta, lub różnego rodzaju książki i broszury wydawane bardzo bogato, wydawane tylko po to, by – jak przyjdą wybory…! — zaprzyjaźniona z urzędem drukarnia dostarczyła odpowiednią porcję materiałów wyborczych… po niskich kosztach.

Wydaje się więc mnóstwo broszur wątpliwej wartości, nie wiadomo przez kogo pisanych – rozdawanych za darmo albo takich, za które pieniądze z ich sprzedaży lądują w kieszeniach urzędników lub wędrują do partyjnych kas.

Spora część budżetów wydziałów kultury przeznaczona jest na etaty urzędników w domach kultury i klubach, które to etaty są etatami politycznymi. Do tego, by prowadzić dom kultury lub dostać etat, nie trzeba żadnych specjalnych kwalifikacji czy dorobku…. Jest to doskonałe miejsce do ulokowania syna czy córki urzędnika / polityka…

TO KOLEJNY DOWÓD NA TO, ŻE III RP — KWITNIE NEPOTYZMEM, UKŁADAMI, KUMPLOSTWEM, KOLESIOSTWEM —  NA NIESPOTYKANĄ W CAŁEJ EUROPIE SKALĘ !

Pisarzowi, jeśli jest grzeczny, czasem pozwolą poprowadzić kółko literackie za 200 lub 300 złotych miesięcznie…. O etacie… oczywiście nie ma mowy !…

Mitem są honoraria za spotkania autorskie. Ich wysokość waha się między 300 a 500 złotych na rękę, i jeśli takich kąsków trafi się znanemu pisarzowi kilka w roku, to ma WIELKIE szczęście…. Większość bibliotek i klubów chętnie by zaprosiła poetę i pisarza, by wystąpił… za darmo. Dyrekcja może sobie wtedy wpisać jeszcze jedną imprezę w sprawozdanie, by wykazać się aktywnością.

Dzieje się tak dlatego, że gminy i miasta oszczędzają na dni miejscowości, lokalne święto, gdzie żniwo zbierają CELEBRYCI – gwiazdki szołbiznesu, którym płaci się w dziesiątkach tysięcy za występ !!! To właśnie znamię ‚nowych czasów’  po tak zwanej transformacji ustrojowej. Gdy zanikł głód na kulturę ‚z wysokiej półki’, wybitną, ale wymagającą od czytelnika asocjacji myślowych – literaturę; drukuje się miałki, mierny, komercyjny kicz, szmirę — tak zwane puste kalorie — pod nie wymagającą intelektualnych przekazów i zapisów publiczkę.

„Gwiazdy”…  wystąpią, lokalni politycy pokażą się publicznie, a menedżerowie podzielą się częścią gaży z partią, która rządzi na danym terenie. Zwykle jest to ok. 30 proc. Ten mechanizm działa w całej Polsce – niezależnie od wielkości miejscowości.

Niestety, nie ma ustawy, która by ograniczała finansowanie z publicznych pieniędzy takich imprez i zmuszała do organizowania większej liczby imprez niskobudżetowych – co byłoby szansą dla wielu REALNYCH artystów i ogromnym pożytkiem dla kultury.

Podobnie nie ma ustawy, która uzależniałaby status i finansowanie placówek kultury od liczby zatrudnionych w nich artystów potrafiących wykazać się znaczącym dorobkiem – w tym pisarzy, która ograniczałaby zatrudnianie przypadkowych osób, z POLITYCZNEGO, KUMPLOWSKIEGO nadania.

Wbrew pozorom pisarzowi wiedzie się o wiele gorzej, jeśli tam, gdzie mieszka, jest uniwersytet. Bo poeta czy pisarz, jeśli nie ma kierunkowego wykształcenia, to przegrywa w staraniach o jakiekolwiek wsparcie z asystentami, doktorami, profesorami, którzy będą pisali referaty na sesje o jego twórczości, opłacani z miejskiej kasy, firmując swoimi nazwiskami i tytułami lokalną politykę.

Poeta lub pisarz może co najwyżej podarować doktorowi czy profesorowi swoją książkę, by ten coś napisał o jego twórczości…

Niestety, Ustawa o szkolnictwie wyższym zabrania, by poeta lub pisarz mogli poprowadzić na uczelni zajęcia ze studentami, jeśli nie mają kierunkowego wykształcenia. Więc uczelnie nie starają się nawet pozyskać wybitnych pisarzy i poetów, jak to się dzieje w USA czy w niektórych cywilizowanych… krajach europejskich.

Mitem są również dochody z publikacji prasowych lub czasopiśmienniczych. Honoraria płacą tylko te niszowe czasopisma o śladowym nakładzie, które mają dotacje z Ministerstwa Kultury i Sztuki lub dotacje wojewódzkie. Ale te honoraria są mizerne. W pierwszym przypadku jest to około 80 – 100 złotych za tekst, w drugim 60, a czasem 40 złotych na rękę. Większość czasopism w ogóle nie płaci honorariów albo – wedle uznania – raz zapłacą, raz nie.

Przypomnijmy także, że ongiś było wiele tytułów wysokonakłądowej (nawet do 400 tys. egz.) prasy kulturalno-literackiej lub listerackiej, jak choćby: „Literatura”, „Życie Literackie”, „Kultura”,  „Tygodnik Kulturalny”, „Twórczość”, „Poezja”, „Miesięcznik Literacki”, „Nowy Wyraz”, „Tu i Teraz”, „Dialog”, „Nowe książki” itd. itd., gdzie mogli pisać i zarabiać całkiem godnie pisarze, poeci, krytycy.

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

W Polsce można być wybitnym pisarzem lub poetą, bardzo znanym i TOTALNIE nic nie mieć ze swojej twórczości, oprócz szalonej nerwicy lub depresji…. Pisarz, żeby się utrzymał, musi pracować na uniwersytecie, musi być dziennikarzem – jeśli ma szczęście trafić do dużej redakcji, lub wykonywać jakąkolwiek inną pracę, także — fizyczną. Pozostaje budowa, handel. W reklamie nie ma dla niego miejsca, bo nie spełnia standardów….

Jeśli więc wybitny pisarz lub poeta nie jest lekarzem, budowlańcem, nie „załapał się” na uniwersytet czy na etat w więzieniu, to jest społecznym, rodzimym pasożytem, żyjącym — bynajmniej nie z własnej woli — w nędzy.

Nie wiem, czy Irlandia jest światową poetycką potęgą, ale wiem, że Polska jest potęgą w świecie jeśli chodzi o liczbę kaskaderów literatury! Krajem, w którym od 25. lat marnuje się i niszczy systemowo pisarzy, poetów, prawdziwych artystów. Polska jest krajem, gdzie pasożytnictwo i korupcja w sferze kultury są równie wielkie, jak w piłce nożnej, a nawet (proporcjonalnie)  jeszcze większe !

I nie dziwi coraz większa popularność poezji Rafała Wojaczka, Kazimierza Ratonia czy Andrzeja Bursy. Oni mieli odwagę powiedzieć „nie” oficjalnej kulturze, zaprzedanej intelektualnie i moralnie….

P.S. Ponieważ obecnie liczy się wyłącznie KASA I ZYSK — ogłosiły już upadłość najzacniejsze oficyny wydawnicze, jak — tylko dla przykładu — słynne „OSSOLINEUM” założone w polskim Lwowie, „PIW”, „ARKADY”, „CZYTELNIK” itd. itd. Zlikwidowano również ponad 65 procent księgarń… No bo cóż to za biznes….!

Kwitną za to nakłady brukowców, bulwarówek, tabloidów (głównie spod znaku niemieckiego Bauera), gdzie celebryci i… politycy — sprzedają za wielką kasę SIEBIE. To znaczy — często reżyserowaną i szokującą prywatność, niedyskrecje, plotki, pomówienia, potwarze a paparazzi „łapią ich” bez majtek… Tym żywi się zachwycona gawiedź, bowiem – obecnie – trzeba ubawić debila… A ten płaci, wymaga – więc Ma…!

Marek Różycki jr.

0