Syndrom ‚płytkiej kałuży’ kulturalnej

Syndrom 'płytkiej kałuży' kulturalnejPisałem o syndromie  ‚płytkiej kałuży’, czyli stanie intelektualnego posiadania naszego społeczeństwa, czyli – o przerwie w oddychaniu w kulturze,  czyli – o zabiegach i usiłowaniach, by  UBAWIĆ DEBILA. Bo to dziś to jest piękna chwila, gdy debil swą „wiedzą” zapyla debila… I coś mi się przypomniało, a konkretniej: Dziady…  (sic!…).

Piotr Wysocki w zakończeniu „Salonu warszawskiego” (Scena VII – III części „Dziadów”) wypowiada następujące słowa:

„Nasz naród jak lawa

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa

Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi

Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi…”

Ich prawdę udowadnia Wieszcz Adaś M. w całym utworze. III cz. „Dziadów”. Ukazuje zarówno „zimną i twardą skorupę” naszego społeczeństwa. To wszyscy, ci którzy służą carowi, przyjmują ugodowe, kosmopolityczne postawy. Tacy są uczestnicy balu u Senatora (Nowosilcowa). To również zdrajcy narodu: Doktor i Pelikan itp. itd….

Ależ!.. Nie, nie, nie! Klasycy ubogacają nas możliwością interpretacji tego co piszą – w różnych czasach i epokach. Dlatego są ponadczasowi! Zimna i twarda skorupa naszego społeczeństwa – to wszyscy ci, którzy służą  Złotemu Cielcowi, biorą udział w wyścigu szczurów po trupach bliźnich!  Sukces! Kariera! Zysk! Pieniądze! Waaadza! (jak mawia Jacek Fedorowicz). SYNDROM PŁYTKIEJ KAŁUŻY kulturalnej naszych sióstr i braci – NIE MA GŁĘBI! Jakże często NIE MA GDZIE ZSTĘPOWAĆ!…

Nie ma się nawet gdzie popluskać… — intelektualnie… hi, hi, hi…

Głośno zastanawiam się w tej chwili; wydaje mi się, że ludzie, którzy uprawiają sztukę, są jak gdyby troszkę wybrańcami bogów, ponieważ potrafią znaleźć się na wyższej półce i popatrzeć na życie z dystansu,  z góry. Próbują następnie opowiedzieć wszystkim tym, którzy są zabiegani, potwornie uwikłani w te życiowe kłopoty – jacy oni są naprawdę. Oglądając obraz, słuchając muzyki, idąc do teatru, czytając książkę czy wiersz – poznajemy jakąś głębszą myśl filozoficzną dotyczącą życia, świata, ludzkiej natury, która zmusza nas do refleksji. Obcując ze sztuką, często wzruszamy się, ale bardzo rzadko korzystamy z tych mądrości. Szczególnie w dzisiejszych czasach – nie wyciągamy wniosków. Może już… nie potrafimy!…   Nie, stanowczo, bez – „może już”! Obecnie ludziom brak jest „odpowiednich lektur”, by potrafili kojarzyć! (patrz: mieć asocjacje myślowe). Tak więc wpływ sztuki na życie jest bardzo ulotny. Boleję nad tym jako dziennikarz.

Czy zdajesz sobie sprawę Koteczku (ulubiony zwrot Antoniego Słonimskiego do swych Czytelników), że woda, która rozlewa się szeroko, jest zawsze płytka, a ta, która płynie wąskim strumieniem, przeważnie jest głęboka? Trzeba się liczyć z tym, że jeżeli ktoś proponuje rzeczy głębsze, wymagające pewnego przygotowania, odpowiednich „lektur” – będzie to w obecnych czasach zawsze elitarne. Po prostu mało jest chętnych do słuchania, bo coraz mniej jest takich ludzi, którzy zadają sobie trud w życiu, żeby coś zrozumieć, którzy stawiają sobie jakieś pytania i szukają na nie odpowiedzi.

* * * * * * * * * * * *

A ZATEM: CO ZROBIĆ Z TWÓRCAMI? POZAMYKAĆ ICH W REZERWATACH? A MOŻE LEPIEJ – W DISNEYLENDACH?…

Człowiek Twórczy – nie ma lekko w obecnej dobie. Pamiętam to, o czym wielokrotnie mówił mi był  zaprzyjaźniony  Janusz Gajos czy Franciszek Starowieyski Byk:

„Człowieka można porównać do odbiornika o różnej skali czułości. Mniej czuły jest bardziej prymitywny, toporny, ale też rzadziej się psuje; natomiast ten skomplikowany, a więc bardziej delikatny, narażony jest na to, że przez niewłaściwe użycie łatwo go popsuć – zaszkodzić mu w tym sensie, że przestanie działać. Jeżeli porównam się do takiego czułego odbiornika, to właśnie musiałem przeżyć tyle lat, żeby zaistnieć. Wszystko, co do tej pory robiłem, to był wstęp, nieśmiałe próby przekonywania ludzi, że coś potrafię. Cały czas odbierałem tę moją drogę zawodową, jako walkę z niewiarą. Nie jestem pewny siebie, ale w jednym punkcie miałem takie głębokie – i moim zdaniem dosyć uzasadnione – przekonanie, że to co robię, robię dobrze i tak powinienem nadal postępować. Jestem trochę wyciszony, należę do ludzi, których się w tym panującym hałasie i bezhołowiu, w łomocie tego świata – właściwie nie zauważa, bo uwagę przykuwają ci, którzy mówią dobitnie, śmiało, bez wahań i wątpliwości… Ci, co manipulując opinią publiczną, wywołują rozmaite „wyreżyserowane” skandale… Są cool i trendy…”

Koteczku, czyżbyś już zapomniał, że JĘZOREM WIEDŹMY ZA KŁUTO  SOKRATESA – także  przecież N A S Z Y C H  czasów…?!


Głowa mała. Małpi rozum. Życie przedsięwzięciem, inwestycją – plany, środki, cele, możliwości, zamiary. Koszmary. Myśli, myśli gonią jedna drugą, druga trzecią, trzecia…  Te wszystkie ludzkie bzdury, które nie pozwalają nam dotrzeć do wielkich PRAWD. Przybliżyć się choć do nich. Terror myśli…

— Trzeba wiedzieć co się dzieje, proszę pana. Przykładać ucho do ziemi.

— Ile razy próbuję, tylko sobie brudzę ucho – powiedziałem słowami książkowego bohatera.

— CO PAN O TYM MYŚLI..?

— A powinienem? Wszystko zaczyna się w głowie – może ja już nie chcę? Nie szukałem Cię wcale, mój Przeciwniku. Już nie walczę na myśli, gdy w telewizji walczą na głosy… „Inne głosy, inne ściany”… Nauczyłem się „Klaskać jedną ręką” (…); wolę brać udział w „Przygodach Telemacha”, a to wszystko – to jeno „Przedtakty i wariacje” (…).

— CO DALEJ?…

— Żyzne rany zostawiam nierozdrapane…  Chciałbyś skrzyżować ostrza idei. Po to tylko, by powiedzieć: „Nie mam broni przeciw podobnym myślowym mirażom”. Toczyć jałowe spory na śmierć. I życie umyka kuchennymi drzwiami… Czyżbyś zapomniał, już, że jęzorem wiedźmy za kłuto Sokratesa? Nie, nie dopadniesz moich myśli. Szybkie są, choć wszelaka herezja jest teraz w modzie (mówi się: na topie…), a dookoła koterie Urażonych Zawistników…

„We wszystkich są rodzajach, każdy w swoim kącie! / Każdy przystosowany i każdy w chomącie”. (…)

Tak, tak – z książkowego punktu widzenia – powinniśmy wiedzieć dużo…  Nawet zbyt wiele, by chłonąć życie jak nocne powietrze – prawdziwą ucztę dla płuc!  I TO JEST GROŹNE!!! Szare wróble dobrze o tym wiedzą… A dla głowy? Wszystko z wyjątkiem kompresu myśli. Myśli śpią. O czym śnią?… Sen zapieczętował mi duszę…

— To ja, proszę pana, będę się posiłkował. Bodajże Huxley był zdania, że „bezmyślność i imbecylizm moralny nie są cechą charakterystyczną człowieka. Są one tylko symptomami choroby stada”.

— Nie myślisz Przeciwniku i to mi się nawet podoba. A może ja JUŻ po prostu jestem typem bezkrytycznego adresata rozkazów? Hmm!…

— Dziwny jest pan. Dziwny jest ten świat z panem. Skrzywiony jakiś…

— ŚWIAT NOSI DUSZĘ NA RAMIENIU. Ja noszę duszę na ramieniu to i postura jakaś taka wykoślawiona. Odbiegająca od – obowiązującego obecnie… – pionu.  ( Rzekłbym wprost: ustawia mnie masowa kompetencja w tym względzie….). Kilkakrotnie wzlatywałem natomiast – nie nad piony, oczywiście – lecz nad poziomy; by lotem koszącym zaryć się w podglebie. Krecia robota…

— KRECIA, A CO TY NA TO?! – Mój przeciwnik zagadnął swoją towarzyszkę życia, egzystencji, wegetacji (niepotrzebne: skreślić!).

— W ogóle nie dostrzegacie moich nowych, kolorowych tipsów z serduszkami i blond pasemek!…

—  Pozostawmy, toto w spokoju. Ale słyszałem, że i pan – dziennikarzu – występował w Weselu?

— Moja sztuka zeszła z afisza już po kilku miesiącach GRANIA panny młodej…. Hi, hi, hi…

— Niech mnie pan nie rozśmiesza. Pan – Cyklop, a dookoła zgraja ślepców, Tak? To są dialektyczne żarty, drogi panie!  Sugeruje pan, że umieramy codziennie w głębokim – pozbawionym widzeń – śnie. A tu najwyższy czas zrobić hokus-pokus, a sobie lifting myśli i NADĄŻYĆ! NADĄŻYĆ!

— Drogi przeciwniku, ja się JUŻ rozmyśliłem. Zrozum, że zrobiłem to roz-MYŚL-nie.  Kiepsko wyglądałem w roli Odyseusza z kompasem. Moja sztuka już zeszła z afisza. Ja zaś już zbyt słaby – pozostałem na scenie przez „niezauważenie”…, przez słabość DO…, przez „niedopatrzenie”…

— Znam tę sztukę. Znam pana rolę. Znam nawet fragment pana kwestii. O ile dobrze pamiętam, brzmiała ona tak: „Nie odbierajmy ślepcom i wizji świata; bez tego – choć sami o tym nie wiedzą… — są dostatecznie nieszczęśliwi i napiętnowani przez los, bo nie przecisną się przez Ciasną Bramę…”. Wcale nie dziwię się gwizdom na galerii. Spolegliwość też ma swoje granice. Pan jesteś sztukmistrz od siedmiu boleści. Hamleta dręczą koszmary, a pan masz tylko przeciąg w głowie!

— Ja wiem, Przeciwniku, że chciałbyś, abym stał się BESTIĄ, by odzyskać  człowieczeństwo. Ale nie ze mną takie numery. Żyję „ZAMIAST” i dobrze mi z tym. Na odczepnego powiem ci jeszcze, jak starzec z Pisma: „A teraz, Panie, sługę Twego puść w pokoju…”  I nie dopadaj mnie już więcej.  Nie dopadaj….

 

MOJA  MOJOŚĆ

uczyli mnie poczucia własnej wartości
nie wypierania uczuć i emocji
poruszania się w świecie społecznym
(zakładając „normalność” tego świata)

a ja gdzieś mam świat
w którym rządzi znieczulica, szmal i cynizm,
a o mym losie decydują niedouczeni wizjonerzy
gdzie zachowania dziecka są obelgą dla „dorosłego”
bo moim zdaniem tylko dzieci tak naprawdę wiedzą
czego chcą i oczekują

gdzieś mam świat, w którym polują na moje słabości
i nie doceniają wartości
gdzie mogą przejść po mnie – nie oglądając się za siebie
gdzie moralność jest sprawą umowną albo natychmiast płatną
gdzie nowa kasta złodziei  sumień ludzkich
chce mnie przymusić do lawirowania, ustępstw i kluczenia
w imię Ojca Pieniądza i Syna Dobrobytu –
— dla wybranych – którzy pojęli zasady gry w piekło i niebo

gdzieś mam świat
którego gdybym przyjął reguły gry
potłuc bym musiał wszystkie lustra z wizerunkiem mej twarzy
i opluć zwierciadła prawdy o Człowieku
gdzieś mam świat
w którym mimo poczucia własnej wartości
z trudem utrzymuję się na powierzchni życia

Marek Różycki jr.

Syndrom ‚płytkiej kałuży’ kulturalnej

 

1+