Pole – relacja nieporwana politycznie – wstęp.

Dostaliśmy list a raczej można napisać, że sprowokowaliśmy dostanie listu.

Jak miło – prawda? Wszystko zaczęło się od dyskusji o tym, co działo się i dzieje w Polsce przez ostatnie prawie 30 lat.

To nic nowego. Takie dyskusje odbywają się codziennie prawie w każdym domu. To, co wyróżniało tą dyskusję od wszystkich innych był panel dyskutantów. Na spotkanie Anty Mediów przybyły osoby nie tylko z wielkich miast, ale też osoby z tak zwanej Polski C albo nawet może D.

W trakcie dyskusji o tym, co zmienia się na dobre i o tym, co jest złe a nawet gorsze niż dawniej okazało się, że my – ludzie wielkich miast wiemy niewiele albo prawie nic o tym, co dzieje się poza nimi.

To, co usłyszeliśmy było na tyle odmienne od tego, czego oczekiwaliśmy, że postanowiliśmy zająć się tym na poważnie.  Poprosiliśmy o w miarę dokładne relacje na piśmie z tak zwanej pierwszej ręki.

Nie mamy zielonego pojęcia czy kogoś jeszcze poza nami to rusza, ale i tak te informacje postanowiliśmy upublicznić po to by obywatele korporacyjnych i zadbanych miast zdali sobie sprawę z tego, że rzeczywistość ma różne oblicza a wczasy pod gruszą potrafią często tylko zaciemnić obraz

Pole – relacja nieporwana politycznie

Pole - relacja nieporwana politycznie

5: 15 – dzwoni budzik.

Szybkie spojrzenie w okno – nie pada. Kanapka, kawa, dwanaście kilometrów rowerem i już jestem na polu. Dzisiaj pielenie truskawek. Za kilka dni zacznie się zbiór, potem ogórki, buraczki, fasolka, marchew… pracy nie zabraknie.

Jedzie Marzenka, ona to zawsze uśmiechnięta. Bystra, inteligentna, oczytana. Kiedyś zapytałam, co tu robi. Dlaczego grzebie w ziemi osiem godzin dziennie? Wiadomo – praca ciężka, brudna i źle płatna.

Marzenka kiedyś była laborantką, pracowała w naszym szpitalu, do czasu, gdy sama zachorowała.

Rak piersi, leczenie, chemia, w końcu amputacja jednej potem drugiej piersi. Dostała rentę. Po 4 latach w czasie kolejnej komisji lekarskiej została cudownie uzdrowiona. Odwoływała się raz, drugi, sprawa oparła się o sąd. Niestety… nie ma przerzutów, Marzenka chodzi o własnych siłach, może wracać do pracy. Tylko, że nikt nie chce jej zatrudnić. Po co komu chory pracownik. Jak sama powiedziała w chwili szczerości nigdy nie przypuszczała, że wyląduje na polu. A w domu dzieci chcą jeść…

Są już wszyscy, każdy ma swoją historię.

Romek wysoki, przystojny, dusza człowiek. W poprzednim życiu pracował w firmie pogrzebowej. Do dzisiaj wspomina czarny garnitur, ceremonie i zasady, których musiał przestrzegać. Miał wypadek, twierdzi, że dość poważny. Lekarze go poskładali, ale do dzisiaj utyka. Do pracy nie wrócił. Nigdzie go nie chcą a żyć trzeba. Do opieki społecznej nie pójdzie – to akurat dobrze wszyscy rozumiemy. Nikt nie chce żebrać, kiedy można pracować. Może i ciężko, ale uczciwie.

Julka kilka lat temu uciekła z malutką córeczką od męża. Pił, bił i zdradzał.

Powiedziała dość i z dnia na dzień straciła wszystko. Trochę mieszkała u matki. Córka poszła do przedszkola a ona jeszcze pełna wiary i chęci szukała pracy. Życie szybko pokazało, że samotna matka z małym dzieckiem to nie jest materiał na pracownika. Nadal biega do pośredniaka, bo może akurat szczęście dopisze.

Minęło przecież sporo lat, córka już idzie do liceum. Ale nie… kilkuletnia przerwa nie wygląda dobrze w CV. Bezrobocie podobno coraz mniejsze, ale u nas tego jakoś nie widać. Może gdzieś w wielkim świecie, może w Warszawie. Julka się nie poddaje i radzi sobie sama. Pracuje tutaj, co drugi dzień biega na 8 godzin do sprzątania – ma tam 1/8 etatu i 900 zł miesięcznie. Jest zadowolona, bo niezależna, bo ma spokój, bo córka dobrze się uczy.

Andrzej to nasz światowiec. Kiedyś pracował, jako spawacz, do momentu redukcji etatów.

Teraz dwa razy do roku jeździ do Francji. Mówi, że praca na polu wszędzie jest podobna, ale tam zarobki lepsze. We wrześniu jedzie znowu, trochę strach, ale innego wyjścia nie ma. Dzieci chcą się uczyć. I dobrze, niech się uczą, może będą miały lepiej.

Irenka a właściwie Irina. Ukrainka, która przyjechała za mężem.

Mąż dostał pracę w firmie, z której zwolnili Andrzeja. Zarabia 10 zł za godzinę. Od nas się dowiedziała, że powinien zarabiać 12 zł za godzinę, bo takie są przepisy. Wtedy zrozumiała, dlaczego mąż pracuje po 12 godzin a zapisują 10. U siebie mają gospodarstwo. Podobno duże, ale bieda aż piszczy. Coś jeszcze starają się uprawiać, ale ile można sprzedać na bazarze? A i ludzie nie bardzo chcą pracować za mleko i jajka. Na zimę wracają na Ukrainę, ale pewnie wiosną przyjadą znowu.

Katarzynka – też Ukrainka. Ona z kolei razem z mężem i ośmioletnim synkiem uciekła przed wojną.

Oszczędności życia wystarczyły na podróż i 2 miesiąca życia w Polsce. Teraz już sobie radzą. Wynajmują malutkie mieszkanko, mąż znalazł pracę na budowie, potrafi zarobić nawet 100 zł dziennie. Kasia dziwi się tylko Polakom, których ogląda w telewizji.

Nie rozumie, dlaczego sami o swoich rodakach mówią że są źli, że nie chcą obcych, że rasiści. Jej obcy ludzie pomogli. Sąsiedzi jak poznali rodzinę poczęstowali ciastem, zaprosili na kawę. Zanim mąż nie znalazł pracy to od sąsiadów dostała ubrania, garnek a nawet rowerek dla synka. I to źli udzie? Lepszych nie znajdziesz.

I Pan Stasio. Szef i właściciel.

Dobry człowiek, sobie odejmie a ludziom zapłaci. Nie dużo, bo 9 zł za godziną, ale zawsze na czas. Czasami przywiezie zimne piwo na pole, dba o nas, a my o pracę. W tym roku wiśnie pomarzły, będzie mniej pieniędzy.

Panie Stasiu a może Unia coś pomoże? Kiedyś zapytaliśmy.

Unia? Szef tylko macha ręką. Unia kazała postawić wam na polu toy toya, bo chodzić w krzaki to nieekologicznie…

Jeszcze szybkie spojrzenie w niebo i daj Boże pogodę i siłę do pracy. 7:00 Czas zaczynać.

Anty Media©2017

Ps. Czekamy na dalsze relacje z różnych zakątków Polski C. Może Wy też macie swoją historię? Jedno jest pewne cdn…..

0